niedziela, 6 lipca 2014

...

Zastanawia mnie, czy istnieje coś na wzór tak zwanej jesiennej depresji, ale w wersji letniej. Co rok dopada mnie zrezygnowanie wraz z początkiem wakacji, podczas gdy większość cieszy się upragnionym wolnym kwartałem, wyjazdami, piaskiem, wodą, wypadami za miasto i wszystkimi tymi wspaniałymi atrakcjami, które daje nam ta pora roku. Dla mnie jest to początkiem pewnej pustki, a wolność od obowiązków sprawia, że nie wiem, co ze sobą zrobić. W ciągu roku marudziłam, że muszę wstawać, jeździć, choć z czasem nawet to polubiłam, bo dawało mi to poczucie pewnego spełnienia i minimalizowało wrażenie, że marnuję czas. Teraz jednak nie do końca wiem, co z tak dużą ilością wolnego zrobić i czy w ogóle narzekanie na wolne nie jest swego rodzaju faux pas, kiedy inni muszą mimo wszystko pracować na chleb, a ja mogę leżeć całymi dniami brzuchem do góry. Poczucie niestosowności w takich stwierdzeniach przyprawia mnie o jeszcze większe poczucie winy. Błędne koło. W sierpniu idę na trzy tygodnie do pracy i to moje jedyne plany póki co. Może jakiś wyjazd nad morze. Może. Co do tej pory? Nie wiem.

Tak naprawdę to już nie pamiętam wakacji, które spędziłabym naprawdę wyjątkowo, spotykając się często z ludźmi i robiąc rzeczy, na które przez obowiązki codzienne nie ma się w ciągu roku czasu. Tyle książek do przeczytania, tyle filmów do obejrzenia, tyle potraw do ugotowania, tyle miejsc do zwiedzenia, ale mnie to jakoś mimo wszystko nie cieszy, nudzi i trochę nawet smuci. Smuci mnie fakt, że moja postawa jest nieco niewdzięczna i roszczeniowa, bo oczekuję fajerwerków, a od siebie daję co najwyżej marne iskry jak ze starej zapalniczki bez gazu, której nawet nie chce mi się naładować i po pierwszej nieudanej iskrze wywalam ją do śmietnika. Zapalniczka bez ognia jest bezużyteczna, a ja nie czuję już od dawna w sobie ognia i nie mam już pomysłu, co mogłoby go wskrzesić. Być może wydaje mi się, że gdzieś indziej byłoby lepiej, bo przecież wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma, bo ugrzęzłam w tym mule, które wytworzyło się jakiś czas temu i pomimo starań, by z niego wyjść, czuję, że robię krok do przodu, ale dwa do tyłu. Być może nie doceniam postępu, który zrobiłam przez ostatni rok, bo zanim przyszedł, wiązałam z nim ogromne nadzieje i przeceniałam jego wpływ na moje życie. I znowu oczekiwałam fajerwerków, które nie nadeszły, a moja motywacja spadła. Mam tak, że odwlekam nawet przyjemne rzeczy, w rezultacie od dawna nie przeczytałam żadnej książki, od dawna nie ruszyłam nigdzie tyłka i od dawna nie zrobiłam czegoś dla siebie, co wykraczałoby poza obowiązki w postaci nauki czy chodzenia na zajęcia. Głównie dlatego, że boję się, że będzie źle. Że książka będzie nudna, że spacer będzie do dupy, że spotkanie będzie męczące, a powrót długi. Paradoksalnie łatwiej jest mi się zmobilizować ostatnimi czasy do nauki i pracy, ale też na ostatnią chwilę. Nie wspominając już o jeżdżeniu wszędzie na ostatnią chwilę. Po co być 10 minut wcześniej, gdy można być 5 minut później i nie czekać? Sen też odwlekam, a później wstanie, śniadanie, obiad i kolację. 

Wiem, co robię nie tak. To naprawdę nie jest tak, że nie zdaję sobie sprawy z tego, jaki błąd popełniam i przez co czuję się właśnie tak, a nie tak, jakbym chciała. Problem leży nie w braku wiedzy, a w braku poczucia przyjemności z prób zmiany sytuacji. To trwa tylko chwilę. Spotkanie z ciekawym człowiekiem, chwilowy skok serotoniny, nadzieja na poprawę, a następnie szybki powrót do rzeczywistości, jak upadek z trzeciego piętra twarzą prosto w twardy beton, którego łatwo nie zniszczysz, bo to on niszczy Ciebie, roztrzaskując Twoje wszystkie kości i głowę na kawałki. Tylko jak je pozbierać do kupy, kiedy nie ma się głowy? To jest jak powtarzający się okres miesiąca miodowego po fali przemocy, którą z czasem akceptuje się i nawet zaczyna kochać, jak kata, który śni za dnia tłucze na miazgę, a nocą nie daje odpocząć i nawiedza sny. Wiem, że mogłabym uciec, ale co, jeśli gdzie indziej będzie jeszcze gorzej? Mawiają, że znane zło jest lepsze niż nieznane dobro, bo przynajmniej można je przewidzieć i doskonale się je zna, a to, co znane, daje poczucie bezpieczeństwa, wbrew jakiejkolwiek logice w tym przypadku.

Co jest moją głową? 

piątek, 4 lipca 2014

Lato, lato, sesja, lato i wątpliwe sumienie bogobojnych.

Sporo się ostatnio działo - zarówno u mnie, jak i w całym kraju. Zacznę od tego drugiego, a mianowicie od głośnej ostatnimi czasy sprawy profesora Bogdana Chazana, którego nie trzeba nawet prawdopodobnie już nikomu przedstawiać. Dla tych, którzy jednak nie interesowali się tematem, przypominam, że profesor Chazan jest dyrektorem Szpitala Ginekologiczno-Położniczego im. Świętej Rodziny w Warszawie. Szpitala opłacanego z NFZ. Jest również zagorzałym przeciwnikiem aborcji, choć kiedyś chętnie sam jej dokonywał w czasach PRL. Zrobiło się o nim głośno w momencie, gdy przez jego decyzje, kobieta nosząca poważnie uszkodzony płód, nie była w stanie wykonać przynależnej jej prawnie aborcji, ponieważ było to wbrew sumieniu profesora, by samodzielnie dokonać zabiegu oraz wskazać ciężarnej ''mordercę'' (czyt. innego lekarza), który zabieg by wykonał. Opóźnił procedury tak, by aborcja w świetle prawa stała się nielegalna. Zapewniał też, że płód ma szansę na zdrowy poród i przeżycie, a nawet może wyzdrowienie. Dziś już wiemy, że były to bzdury wyssane z palca, ponieważ dziecko urodziło się bez kawałka mózgu (połowy, zdaje się), bez czaszki, z rozszczepem twarzy i wiszącą gałką oczną. Kobieta była zmuszona rodzić cesarskim cięciem, została narażona na wielotygodniowe cierpienie i wieloletnie - jak nie dożywotnie - obciążenie psychiczne w związku z przymusem donoszenia bezowocnej ciąży i obserwowania, jak jej ciężko chore i niezdolne do jakiegokolwiek funkcjonowania samodzielnego dziecko powoli będzie umierać. Nie wspominając już o mękach, jakie doświadczy samo dziecko. To wszystko w imię klauzuli sumienia, choć dla mnie decyzja pana Chazana nie ma z sumieniem absolutnie nic wspólnego.  Jest to dla mnie przerażające, że takie rzeczy dzieją się w XXI wieku i bynajmniej nie chodzi mi o wychwalanie aborcji jako symbolu bycia nowoczesnym. Chodzi o obecność sytuacji, w których czyjaś wiara okazuje się ważniejsza od zdrowego rozsądku i woli pacjenta placówki medycznej, gdzie wiedza i nauka powinny być priorytetem, a nie osobiste poglądy i wierzenia pracowników. Wegetarianin do rzeźni pracować nie idzie, tak samo taki lekarz nie powinien był wybierać specjalizacji jako ginekolog. Klauzula sumienia dotyczy również antykoncepcji czy in vitro, więc problem nie dotyczy jedynie aborcji i sytuacji jak ta powyżej. Panu Chazanowi nie przeszkadzał brak klauzuli sumienia parędziesiąt lat temu, kiedy skrobał płody. Być może nie miał wyboru. Ja jednak uważam, że miał - w momencie wyboru specjalizacji na studiach.

Nie chciałabym jednak poświęcać temu Panu całego wpisu, zatem nieco abstrahując dodam, że siedzę w oczekiwaniu na ocenę z ostatniego egzaminu w tej sesji i dopiero po zobaczeniu wyników odetchnę z ulgą (albo i nie, choć mam dobre przeczucia). O tym, co u mnie się działo ostatnimi czasy i co będzie niebawem, napiszę w następnej notce, bo jednak trochę niesmacznie byłoby pisać o wakacjach, gotowaniu, rozrywce i radosnych planach w kontekście wątku, który poruszyłam.

sobota, 7 czerwca 2014

***

Znowu sesja za pasem i kilka projektów, a przed chwilą skończyłam ćwiczenia fizycznie i uznałam, że to dobry moment na napisanie czegoś. Przy okazji przeczytałam kilka swoich starych wpisów, gdzie jakieś dwa lata temu pisałam, że tęsknię za morzem i że niebawem je zobaczę. Z niemałym żalem uświadomiłam sobie, że od tamtej pory nic się nie zmieniło w tej kwestii i morza nadal nie widziałam, ale może w tym roku uda mi się choć na chwilę odpocząć od miasta. Odliczam też czas do lipca - do końca sesji egzaminacyjnej, a potem trochę bólu pod maszynką, bo w końcu nadejdzie mój termin robienia tatuażu na drugim ramieniu, jedna poprawka i będę mogła poczuć ten wakacyjny feel. Mam tylko nadzieję, że pogoda nie zaskoczy mnie trzydziestostopniowym upałem w dniu tatuowania, bo obawiam się, że padnę z wykończenia.

Przez ostatnie kilka miesięcy zrozumiałam, jak ciężko jest odkładać pieniądze. Wiedziałam od dawna, że nie jestem najlepsza w pilnowaniu budżetu, ale teraz, gdy mam gotówkę, której nie mogę ruszyć, boli to ze zdwojoną siłą. Byłoby dużo prościej, gdybym nadal miała swoją dorywczą pracę, ale biznes nie wyszedł, a chwilowo nie mam czasu na szukanie niczego nowego, więc muszę uważniej planować swoje wydatki. Żeby było trudniej, wypadają różne imprezy, na których bez prezentu nie wypada się pojawiać i coraz więcej okazji do wychodzenia na miasto, gdzie jednak siedzieć o suchym ryju jest mało przyjemnie. Ciężkie życie studenta.

Postanowiłam również nieco ustabilizować swój tryb odżywiania i wprowadzić nieco wysiłku fizycznego do swojego planu dnia i wychodzi mi to całkiem nieźle. Nad regularnością posiłków muszę jeszcze popracować, w szczególności nad nawykiem jedzenia śniadań późnym południem i chodzeniem na czczo do trzynastej, ale skupię się na tym już mając wolne. Odstawiłam makarony i większość mącznych produktów, choć z pieczywa całkowicie nie zrezygnuję zbyt prędko. Zastąpiłam je pełnoziarnistym i ciemnym pieczywem i wprowadziłam więcej warzyw w swoją dietę. Mój żołądek lepiej pracuje i czuję się lżej. Ćwiczenia dają niezłego kopa energetycznego i trochę endorfin, więc psychicznie też czuję się inaczej - na plus. Póki co mam jeszcze motywację i mam nadzieję mieć jej coraz więcej.

środa, 14 maja 2014

Eurowizja, czyli jak poważnie Polacy traktują tandetny konkurs piosenki

W sobotę byłam z koleżankami na mieście na imprezie w klubie 1500m2, podczas której miałam okazję usłyszeć DJ set byłego członka zespołu IAMX i Ethana Katha z grupy Crystal Castles (o którym powiem później), więc ominął mnie cyrk związany z nieistotnym konkursem piosenki - Eurowizją. W zasadzie nie do końca nawet mnie ominął, bo dzięki dorobku naszej cywilizacji i dostępności internetu poza domem, zostałam poinformowana o całej szopce od znajomych na bieżąco. Wygrała Austria - jakaś Kiełbasa czy inna Conchita - spoko, nie przywiązałam do tego większej wagi tego wieczoru i bawiłam się dalej. Wróciłam w środku nocy do domu, w którym czekał na mnie facet i do niedzielnego wieczora byłam praktycznie w kondycji ''nie ma mnie dla nikogo''.

Prawdziwym zderzeniem z zadziwiającą dla mnie rzeczywistością było wejście do sieci i odkrycie w niej szturmu wiadomości na temat kobiety z brodą, a w zasadzie faceta w sukience (choć dla wielu różnica ta była niedostrzegalna). Ogromna ilość negatywnych komentarzy, których autorzy popadali w niezłą skrajność, pisząc o nadchodzącym upadku cywilizacji, upadku Europy, o tym słynnym złym gender, homoseksualistach, lewakach i ogólnym zepsuciu. Nawet Kaczyński stwierdził coś podobnego, choć jego opinia akurat mnie nigdy nie interesowała, więc nie ma to dla mnie większego znaczenia. Znaczenie ma jednak to, jak ludzie potrafią z tak błahej sprawy zrobić problem i to na skalę europejską, a nawet światową! Czyżbyśmy już zapomnieli o tym, na jak wysokich obcasach chodził Prince? Czy naprawdę nikt już nie pamięta Ziggy'ego Stardusta - postaci wykreowanej przez Bowiego, której makijażu i koturnów zazdrościła niejedna laska? Ba, nawet Polska miała występ dawniejszej Conchity Wurst w 1938 roku w Łomży, gdzie za 20 groszy można było obejrzeć Mrs Ralson - kobietę z brodą i wąsami. Dlaczego więc tegoroczna zwyciężczyni (zwycięzca?) wzbudza takie kontrowersje, skoro temat Drag Queens czy wyżej wspomnianych gwiazd nie wzbudza dziś żadnych większych emocji? Czy naprawdę trzeba być, cytuję, ''lewackim ścierwem'', by móc przejść obojętnie wobec takich zjawisk, które w zasadzie nikomu i niczemu nie zagrażają?

Szczerze mówiąc, to nie do końca rozumiem, w czym problem. Pomijając już samo zjawisko ogólnie - zastanawia mnie, czy naprawdę boli Polaków facet z brodą noszący sukienkę, czy aby nie to, że dla wielu ludzi było to zwyczajnie ciekawsze od ubijania masła przez słowiańskie panny Donatana i trudno jest im się z tym pogodzić. Jak widać, standardy w różnych krajach europejskich są różne i być może reszta Europy podeszła do tego konkursu tak, jak powinna - bez kija w dupie i bez poczucia, że ten konkurs cokolwiek znaczy. Bo nie znaczy nic. Czytałam wiele opinii, w których ludzie pytali: czy to jeszcze konkurs piosenki, czy już cyrk? Osobiście myślę, że jedno nie wyklucza drugiego, a Eurowizja jest idealnym tego przykładem. W związku z tym - czy naprawdę chcemy wygrywać w takich konkursach my, jako naród? Niech każdy sam się nad tym zastanowi, czy naprawdę warto podchodzić tak poważnie do niektórych spraw - szczególnie wtedy, gdy ktoś wyraźnie chce zrobić sobie z widzów zwyczajne, kolokwialne jaja.

Wracając do samej sobotniej imprezy i występu Ethana Katha - impreza miała zacząć się o godzinie 22. Wpuszczali od 22:30, a line-up dostępny był jedynie w lokalu, więc szłam w ciemno. Okazało się potem, że Ethan wchodzi o 1:45 i gra do 3:00, więc z mojego pierwotnego planu powrotu o 1:00 nie było mowy. Kilka drinków i 4 godziny później, set się zaczął. Po tylu godzinach oczekiwania spodziewałam się czegoś lepszego, ale miło było wyrwać się na trochę i potańczyć z dziewczynami.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Mózg i coś dla ciała.

W końcu zrobiło się ciepło, więc postanowiłam ruszyć tyłek i zarejestrowałam się na Veturilo w zeszłym tygodniu. Mój rower ma już swoje lata, dostałam go jeszcze na komunię i swoje przecierpiał. Przyznam, że nigdy o niego też nie dbałam, więc trochę rdzy się zebrało, a opony i łańcuch wołają o pomoc (nigdy ich nie zmieniałam, a biednego łańcucha nawet nie smarowałam). Doszłam do wniosku, że jest to przyczyną kiepskiego komfortu jazdy, choć jazdą nawet tego nazwać nie można, bo zwyczajnie się na nim wlekę. Szybko też zaczynają boleć mnie łydki. W piątek wyciągnęłam chłopaka i przetestowałam ich rowery, mając nadzieję, że będą wygodniejsze i będzie mi się na nich sprawniej jeździło. Zrobiliśmy 10 kilometrów z Młocin w stronę Kępy Potockiej i z powrotem przez plac Wilsona i odkryłam niestety, że to nie mój rower powoduje wleczenie się, a mój całkowity brak kondycji. Muszę jednak przyznać, że jechało się wygodniej i nogi mnie nie bolały, więc coraz bardziej skłaniam się, by kupić nowy i najchętniej holenderkę, bo Veturilo na dłuższą metę tanie nie jest, choć to świetna alternatywa, gdy nagle potrzebuje się skorzystać z jednośladowca albo najdzie ochota na spontaniczną przejażdżkę.

Dzisiaj natomiast byłam w swoim osiedlowym sklepie i odkryłam w daniach gotowych kremy z warzyw. Kupiłam na próbę krem o wdzięcznej nazwie Pan Brokuł i... było pysznie. Smakuje jak domowy (a przynajmniej tak sądzę, bo nie miałam okazji robić nigdy kremów w domu i zawsze jadałam gotowe z cateringów przy różnych okazjach), jest sycący i przede wszystkim nie ma konserwantów i żadnej przysłowiowej chemii, więc brzmi całkiem zdrowo W składzie można znaleźć wodę, brokuł 33%, cebulę, ziemniaki, szpinak 4%, pietruszkę, selera, por, zagęszczony sok z limonki, czosnek, masło, olej roślinny, pieprz biały i sól, a tak przynajmniej twierdzi etykieta.


W środę mam dwa egzaminy, więc pora zająć się mózgiem w przenośni i dosłownie, bo neuroanatomia i psychologia osobowości czekają. 

sobota, 8 marca 2014

8 marca - w kuchni i z Joy Division od środka.

Dzień kobiet, wiosna za pasem, roboty od groma i nauki przede mną jeszcze więcej. Przygotowałam dzisiaj na obiad papryki faszerowane w dwóch wersjach - pierwsze klasycznie z mięsem i ryżem, drugie w wersji wegetariańskiej z brokułami i fetą. Przepis jest banalnie prosty, więc gdyby ktoś jeszcze nie znał, a chciał wypróbować...

...to na porcję dla 4 osób będziemy potrzebować:
4 papryk czerwonych
2 torebki ryżu
1/2 kilo mięsa mielonego (rodzaj wedle uznania, ja wzięłam wieprzowo-wołowe)
sera żółtego
sosu pomidorowego
brokułu
sera feta 

Wersja mięsno-ryżowa:
1. Wstawiamy ryż na wrzątek i w międzyczasie smażymy mięso w garnku (bez żadnego oleju, tłuszcz sam się wytopi z mięsa, więc jest zbędne dodawanie czegokolwiek), solimy je i pieprzymy i tak dopóki się całość dokładnie nie usmaży. Mieszamy ugotowany ryż razem z mięsem. 
2. Ścieramy ser żółty na drobnej tarce.
3. Myjemy papryki, kroimy je na pół i wydłubujemy pestki i zbędne białe błony i wypełniamy środek farszem mięsno-ryżowym. 
4. Posypujemy serem z wierzchu.
5. Wstawiamy do piekarnika na parę minut na 150° (można spróbować na większą i czekać, aż papryki zrobią się ciepłe). W międzyczasie podgrzewamy sos pomidorowy.
6. Po wyjęciu z piekarnika polewamy wierzch sosem.

Wersja wegetariańska:
1. Gotujemy wodę w garnku aż do wrzenia i parzymy w niej przez chwilę wcześniej umyty brokuł. Robi się dzięki temu miękki i dodatkowo mamy większą gwarancję, że żadne niefajne robaczki nie znajdą się na naszym talerzu.
2. Myjemy papryki, kroimy je na pół i wydłubujemy pestki i zbędne białe błony.
3. Kroimy na drobno brokuł i ser feta i wypełniamy papryki w proporcjach wedle uznania.
4. Wstawiamy do piekarnika na max. 10 minut na 150° (można spróbować na większą i trzymać krócej, ale ja chciałam, by feta fajnie się zagrzała).

Jak widać, nie jest to bardzo skomplikowane i pewnie każdy z was znał wcześniej ten przepis. Ja osobiście pierwszy raz jadłam wersję z brokułem. Polecam też zrobić misz-masz i najpierw nafaszerować mięso z ryżem, a potem dodać na górę brokuł i fetę.


Dołączam też zdjęcie prezentu od ukochanego, bo w końcu data zobowiązuje. Książka Petera Hooka ''Joy Division od środka. Nieznane przyjemności'' (pomijając nietrafione tłumaczenie ''Uknown Pleasures'', które uważam za niepotrzebne) to ''historia Joy Division, opowiedziana przez legendarnego basistę grupy. Jej członkowie zostali pionierami współczesnej muzyki alternatywnej i stworzyli własną definicję rocka ery post-punku. Ich brzmienie - mroczne  i hipnotyczne - inspirowało wielu wybitnych artystów. Wizerunek sceniczny muzyków, niegdyś uważany za tajemniczy i niszowy, naśladują dziś rzesze młodych ludzi na całym świecie. Peter Hook, zafascynowany ruchem punkowym, oraz jego szkolny przyjaciel, Bernard Sumner, powołali zespół, do którego którego weszli utalentowany wokalista i autor tekstów Ian Curtis oraz genialny perkusista Stephen Morris. Tych czterech młodych gości wyruszyło w trasę rozklekotanym vanem i oczarowało słuchaczy w całej Wielkiej Brytanii. W 1980 roku zespół doczekał się dwóch albumów studyjnych i zamierzał podbić USA. Tragiczna śmierć Iana Curtisa zniweczyła te plany i pozostawiła głęboki ślad w sercach członków Joy Division. Hook rzuca nowe światło na samobójstwo Curtisa. Z ujmującą szczerością opowiada o przyjaźni, która łączyła członków zespołu. Wspomina także o trudnych momentach w historii Joy Division i opisuje proces, który doprowadził do zakończenia współpracy jego członków''.* Od lat jestem wielką fanką ich krótkiej, niestety, twórczości, więc po lekturze książki Deborah Curtis chętnie zapoznam się z punktem widzenia Hooka. Chwilowo więc mogę jedynie narzekać na brak czasu na wszystkie przyjemności i zbyt dużą ilość książek na liście do przeczytania. :)



* opis książki wzięty stąd.

środa, 26 lutego 2014

''Gotowanie'' i fotografowanie.

Od dłuższego czasu mój aparat się kurzył, a że miałam sposobność kupić nowy obiektyw po bardzo okazyjnej cenie i zrobiłam to bez zastanowienia, trzeba było wypróbować sprzęt. Wcześniej jednak postanowiłyśmy z koleżanką wypróbować przepis na domowe Bounty (można go znaleźć tutaj).

Przepis banalnie prosty, bo jedyne, czego nam potrzeba, to wiórki kokosowe, mleko skondensowane i opcjonalnie czekolada, choć maczanie kulek w niej okazało się trudniejsze, niż początkowo sądziłyśmy. Niemniej jednak, wyszły pysznie i smaczniejsze nawet niż oryginały.


Dziś jednak postanowiłam wyruszyć z lustrzanką i sprawdzić, czy będzie odpowiadać moim oczekiwaniom i jestem bardzo zadowolona. Miałam drobne problemy z przesłoną, co udało mi się dopiero ogarnąć po powrocie do domu, ale i tak jest bardziej niż w porządku.



Jutro wracam po feriach na zajęcia na studia i czeka mnie trochę roboty, ale mam nadzieję, że znajdę więcej czasu na pielęgnowanie swoich zainteresowań i zacznę skupiać się nad tym, a nie na bolączkach, których ostatnio mi pod dostatkiem. Nie mam pracy w najbliższym czasie, więc może się uda.

No i wierny pomocnik w gotowaniu na koniec: