wtorek, 25 sierpnia 2015

Przedwrześniowy kryzys.

Złapał mnie chyba mały kryzys w związku z końcem lata, bo, pomimo, że rok akademicki rozpoczynam dopiero za ponad miesiąc, w telewizji już od jakiegoś czasu widnieje coroczny miks zeszytów, podręczników (ba, nawet reklamy kredytu na wyprawkę), a pogoda też zaczęła zsyłać pierwsze deszcze i powoli zaczyna być czuć jesienną aurę, dosłownie też. Nie mam już żadnych planów wyjazdowych na ten rok, więc sezon wypraw mogę uznać za zamknięty. Czuję, że coś się kończy, ale nie czuję, że to zwiastuje początek czegokolwiek innego.

W najbliższej perspektywie nadchodzi tylko wesele obcych dla mnie osób. Zostałam bowiem zaproszona jako osoba towarzyska, a wydaje mi się to wysoce niestosowne, by odmówić partnerowi. Dawno nie byłam na weselu i ślubie. Ostatnie było chyba mojej mamy z ojczymem jakieś 14 lat temu, więc nie pamiętasz tego za dobrze nawet. Wydaje mi się jednak, że średnio mi się podobają takie imprezy. Sama nie wiem - masa starszych cioć i babć (i to cudzych) pijących wódkę i tańczących do disco polo. Drętwa jestem, ja się do disco polo bawić nie umiem i nie chcę. Czuję, jak każda kolejna minuta z Boysami niszczy połączenia między moimi neuronami. To szkodzi bardziej niż alkohol, a alkohol szkodzi mi też na żołądek, więc nawet zbytnio nie wypiję, by znieczulić to cierpienie. Dostanę pewnie schabowego, którego nie tknę, i zostaną mi suche kluski do rosołu. No ale nic. Może nie będzie tak źle. 

Cały czas jestem w trakcie robienia prawa jazdy. Dzisiaj udało mi się zdać teorię za pierwszym podejściem i czekam na przepisanie do nowego ośrodka jazdy w celu rozpoczęcia jazd (wybór pierwszej był niestety nieporozumieniem, na które szkoda mi czasu i pieniędzy). 

Ludzie są jednak dziwni. Przez chwilę wydawało mi się, że nie są, ale wszystko wraca właściwie do tej pierwotnej normy. Subiektywnej, ale normy. Ja też w tym wszystkim jestem dziwna, jednak nie gwarantuje to szansy na znalezienie porozumienia między światem zewnętrznym. Nie wiem już nawet, co w związku z tym czuć, bo z wiekiem przestaję czuć cokolwiek odnośnie takich rzeczy. Opisuję chłodno zdarzenia, stwierdzam fakty. I nie odbieram tego emocjonalnie. Pierwsze oczko w rajstopach zawsze boli najbardziej, a potem można już samemu rozrywać dalej. To bez znaczenia. Kiedyś cerowałam takie rajstopy, dziś szkoda mi na to chyba energii. Życie daje więcej możliwości niż cerowanie starych, przechodzonych rajstop. Taką mam przynajmniej nadzieję (jeszcze).

niedziela, 26 lipca 2015

Post-wyjazdowy post.

Tak oto wróciłam z tygodniowego "urlopu" po kilku latach nieopuszczania miasta. Pierwsze wakacje z facetem, pierwszy wyjazd od dawna, długo wyczekiwany. I udany. Wyjazd oznaczał kilka pierwszych razów. Wspomniany wyżej pierwszy raz na wakacjach z facetem, pierwsze samodzielne wakacje (kolonie i wyjazdy z rodzicami się nie liczą, a dotychczas tylko takie miałam, ale lepiej późno, niż wcale), a także pierwszy wyjazd na diecie wegetariańskiej.


Pierwszy raz z facetem. Miałam trochę obaw, chociaż wiedziałam, że będzie dobrze, bo w końcu nie bez powodu jesteśmy ze sobą już 5 lat. Dotychczas spędzaliśmy kilka dni z rzędu razem, czy to u mnie, czy u niego, gdy któreś z naszych rodzin wyjeżdżało bez nas na wczasy. Drobna namiastka wspólnego życia, 24/7 razem. Tutaj było to samo, ale kilkaset kilometrów dalej, na neutralnym gruncie i wychodziliśmy razem. Spędziliśmy w knajpach więcej czasu niż dotychczas i się nie pozabijaliśmy. Współpraca też zazwyczaj wychodziła, choć drobnych nieporozumień było czasem ciężko uniknąć. Ale tak w życiu też bywa. Wrażenia mam jak najbardziej pozytywne.

To samo tyczy się samodzielnego wyjazdu. Nie taki diabeł straszny. Podróż w stronę morza trochę mnie stresowała początkowo, ale mnie generalnie podróże stresują. Nie przepadam za jeżdżeniem autokarami i innymi środkami publicznego transportu, więc lekki ucisk żołądka był przewidywalny. Po jakimś czasie, standardowo, mijał. Powrót też kosztował mnie trochę nerwów ostatniej nocy przed wyjazdem, ale przetrwałam. Podczas pobytu spotkała nas przykra, choć nawet zabawna sytuacja, albowiem pierwszej nocy siedziałam na łóżku i poczułam zimne krople na głowie. Padało i zaczął nam przeciekać sufit. Spędziliśmy dwie noce z kapiącą do miski wodą, potem zostało to naprawione i męka z wodą się zakończyła. Podejście właścicieli ośrodka było co najmniej niestosowne, bo ich pierwszą reakcją było odcięcie się od problemu słowami: "to nie nasz problem". No cóż, notabene to nie na ich głowę kapało, jednakże sytuacja miała miejsce pod ich dachem i oczekiwaliśmy, że wezmą za to odpowiedzialność. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak nieznośne może być słuchanie co każde piętnaście sekund swoistego "plum" do miski i tak przez dwie doby z rzędu. Olewczy stosunek właścicieli spotęgował uczucie irytacji. Dostaliśmy (choć "wywalczyliśmy" byłoby adekwatniejsze) jednak zniżkę i nauczkę, że nie warto tam wracać, choć nie byłam tam pierwszy raz i dotychczas byłam zadowolona. Ośrodek jednak stanął w miejscu i nie spełnia już naszych oczekiwań - nie za taką cenę, w każdym razie. Przyjemna okolica i lokalizacja tuż przy morzu jednak to rekompensowała.

Lekko problematyczną kwestią było dla mnie menu w każdej knajpie w tym mieście. Stegna, bo tam byliśmy, nie ma wegetarianom zbyt wiele do zaoferowania. Nawet o cytrynę było ciężko. W knajpach musiałam zadowolić się pizzą, zapiekanką czy plackami, bo tylko to nie zawierało mięsa. Wegańskiej kuchni - całkowite zero. Mój żołądek się czasem buntował, bo każde danie było okropnie tłuste (co jest chyba zresztą specyfiką knajp nad morzem ogólnie, jednak z mięsem jest trochę łatwiej uniknąć tłustego sera i buły przy taki menu). Brakowało mi domowej zupy pomidorowej, ale nawet te są na mięsie, więc musiałam obejść się smakiem. Następnym razem zdecyduję się na miasto, które ma w swojej ofercie jakiekolwiek wege knajpy, bo, jak pizzę kocham, jednak jeść ją bity tydzień nie jest tak fajnie, jak mi się z początku wydawało.

Pizza - jak wspominałam, dość stały element tego wyjazdu

Las
Morze przed zachodem 

Zdjęcie zrobione pierwszego dnia

Ogólnie jednak jestem zadowolona. Odpoczęłam i potrzebowałam takiej odskoczni od Warszawy, nauki i pracy. Cieszę się, że zebrałam się na odwagę, by spędzić ten czas z kimś nowym. Kiedyś byłoby to niemożliwe lub co najmniej bardzo trudne, a teraz wiem, że jestem w stanie nie tylko spełniać absolutne minimum, ale także robić coś dla siebie i przekraczać granice, które z każdym rokiem się zaciskały jak pętla wokół szyi. Jest to ogromny krok w stronę wolności - wolności, którą sama sobie ograniczałam.

wtorek, 14 lipca 2015

Słońce wstaje.

Kolejne lato, kolejny rok mija. Trzy lata temu na innym blogu pisałam, że niedługo zobaczę morze. Minęły trzy lata i faktycznie niebawem będę wdychać jod z piaskiem między palcami. Nie byłam od ostatniego wyjazdu nigdzie poza Warszawą, więc tym bardziej się cieszę. To będą moje pierwsze wakacje z chłopakiem, przypadnie przy okazji piąta rocznica naszego związku, więc czas najwyższy razem spędzić trochę czasu poza miastem.

Wczoraj wróciłam z Lublina, a wybrałam się tam z okazji koncertu Einsturzende Neubauten. Czekałam wiele lat na ten występ, powoli już nawet tracąc nadzieję, że zjawią się w Polsce, bo ostatni raz byli bodajże w 2006 roku. Byłam za małym szczylem, żeby ich wtedy znać. A jednak się pojawili i miałam możliwość wziąć udział w tym wydarzeniu. Show było niesamowite, chociaż dla kogoś, kto nie jest fanem, mogło wydać się zwyczajne, a może nawet nudne. Nie każdy wszak będzie sympatyzować z waleniem w metalowe rury i lubić dźwięki upadającego tłuczonego szkła. Niesamowity Blixa Bargeld z niecodziennym piskiem, nagłośnienie było bardzo dobre i bynajmniej nie odwalili chałtury, pomimo, że koncert był nieodpłatny. Kupiłam za to płytę, więc chociaż w ten sposób odwdzięczyłam się za ten fantastyczny występ. Liczyłam trochę na zdjęcie z Bargeldem, ale ponoć nie mają w zwyczaju robić sobie fotografii z fanami. Szkoda. Złotej ramy nad łóżkiem nie będzie. Ale co przeżyłam, to moje. Wybraliśmy się samochodem z koleżanką i facetem, podróż minęła gładko, chociaż zabłądziliśmy w Warszawie (sic!). Z powrotem byliśmy koło 3:00 i w niedzielę odsypiałam i ochłonęłam z wrażeń.

Dziś natomiast miałam dwie wizyty u lekarza, najpierw u endokrynologa, albowiem wykryto u mnie problemy z tarczycą. Zaczęło się niewinnie, bo przeszłam prawie pół roku temu na wegetarianizm, a po chwilowej poprawie samopoczucia nastąpił kryzys, więc udałam się do internisty i przebadałam sobie krew. Po tygodniach diagnoza była postawiona, a ja jestem w trakcie leczenia. Co dalej - okaże się po badaniach na przeciwciała, bo może to być Graves-Basedow, co obciąża mnie już prawdopodobnie do końca życia. Ale cieszę się, że jest już jasne, bo złe samopoczucie męczy mnie już od paru lat, a od kilku miesięcy się mocno nasiliło - zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Byłam przez to także pod opieką psychiatry i uczęszczałam na psychoterapię, więc dziś miałam konsultację psychiatryczną i właściwie już nie mam tam czego szukać, bo zrobiłam spory progres i wiele kwestii się poprawiło. Prawdopodobnie w dużej mierze dzięki lekom na tarczycę, ale ważne, że coś przynosi ulgę. Cierpiałam na ogromne bóle głowy, czasem co drugi dzień byłam wyjęta z życia i kończyło się płaczem z bezradności i wymiotami. Po lekach to wszystko minęło. Jedyne bóle głowy, jakie mam, to takie, jakie każdy miewa w życiu. I chwała lekom za to.

Patrzę pozytywnie na przyszłość, staram się stawiać sobie cele i je realizować. Zakończyłam kolejny rok na uczelni, wakacje poświęcę na odpoczynek (ten semestr mnie strasznie zmęczył razem z problemami zdrowotnymi), a w międzyczasie zajmę się zdawaniem prawa jazdy i będę chciała odłożyć trochę pieniędzy na samochód. Moje plany często wykraczają daleko w przyszłość, więc już zaczęłam nawet wybierać auto, choć jeszcze nie zapisałam się nawet na kurs. Ale nie martwi mnie to, bo wiem, że mam przed sobą wiele do zrobienia i będę do tego dążyć. Dużo lepsze uczucie niż popadanie w marazm i obliczanie godzin snu, jakie zostały.

Nadal mam wiele pracy przed sobą. Depresja i wszystkie objawy pochodne mogą jeszcze wrócić, bo to nie pierwszy raz, ale jestem dobrej myśli. Wiem, że da się to przetrwać i być sobą. Życie nie rzuca mi już kłód pod nogi, a wyzwania, które chętnie pokonam, a nie tylko ominę. Czuję, że mam wsparcie i nie tylko u faceta czy u matki, ale także u nowej osoby, która zjawiła się w moim życiu. Nigdy nie byłam dobra w bawienie się w przyjaźnie, ale teraz chyba dojrzałam do tej roli i jest mi z tym dobrze. Nie wiem, jak długo ta relacja potrwa, bo doświadczenie pokazało mi, że relacje koleżeńskie nie są wieczne, ale nie wiążę z tym obaw. Jest dobrze i chcę się skupić na tej myśli, a nie szukać dziury w całym, jak mam w zwyczaju. Spędzam więcej czasu w kuchni i nie mam już wrażenia, że stoję w miejscu. Jest naprawdę dobrze.

Jeszcze kilka zdjęć z koncertu i pamiątka:

Einsturzende Neubauten z utworem "Sabrina"

Płyta "Silence Is Sexy"

Ponadto, zrobiłam dobry uczynek, albowiem adoptowałam wirtualnie młodą sarenkę. Co miesiąc wpłacam określoną sumę na jej rzecz i cieszę się, że mogę pomóc. Jeśli ktoś chciałby zrobić taki miły gest, to można adoptować różne zwierzęta wirtualnie na stronie Ośrodka Okresowej Rehabilitacji Zwierząt w Jelonkach. Są też inne fundacje i ośrodki na całym świecie, gdzie można wesprzeć zwierzęta i ludzi. Słyszałam o adopcji słoni, moja ciocia z kolei pomaga w ten sposób chłopcu z Afryki. Mały gest, a może wiele zmienić. Nie trzeba nawet ruszać się z domu. Wystarczy mieć trochę pieniędzy i zjeść jeden obiad w knajpie mniej w miesiącu. To czasem nawet równowartość dwóch paczek papierosów. 

Jeszcze kilka zdjęć z ostatnich paru miesięcy:
Plac Zbawiciela

Zachęta Narodowa Galeria Sztuki
Burger roślinny w knajpie Roślina
Ja z kotem faceta

Naleśnik z camembertem i malinami w Manekinie
Rysunek wykonany któregoś wieczoru 
Róże na Żoliborzu

piątek, 1 maja 2015

Co dalej?

Czasem się zastanawiam, jak wyglądałby świat, gdyby mnie nie było. Nie doskwiera mi przebrzmiałe ego, żeby uznawać się za centrum świata i mój upadek jako upadek wszystkiego, natomiast chciałabym wiedzieć, co się stanie, jak mnie zabraknie. Przede wszystkim - czy będę pośmiertnym obserwatorem potencjalnej rozpaczy, jaka ogarnie kilku bliskich ludzi? Kiedyś myślałam, że to niesprawiedliwe, że ma się tylko jedno życie i po nim niczego nie ma. Jako osoba niewierząca nie jestem w stanie uwierzyć w życie pozagrobowe, jednak chciałam kiedyś się mylić. Teraz chyba mam inne zdanie na ten temat i wcale nie chciałabym mieć niczego po dniu ostatecznym. Co najwyżej zamienić się w nowe życie przez reinkarnację.

Rozumiem ludzi, którzy nie boją się śmierci. Nie mówię o samym umieraniu, szczególnie tym bolesnym i długim, ale o tym, co będzie już po wszystkim. Wierzę w to, że nie będzie niczego. A tego nie ma sensu się bać. Moje samopoczucie bywa tak tragiczne, że miewam ochotę przestać walczyć.

Na dzień dzisiejszy jednak bardziej martwi mnie moja przyszłość najbliższa. Czas po studiach, kiedy chciałabym się uniezależnić od nikogo, jednak boję się, że to niemożliwe. Zawsze jest się od kogoś zależnym, a w naszym kraju bez partnera nawet ciężko o zdolność kredytową na małe mieszkanie. I co to za niezależność, kiedy jedyną szansą na wyprowadzkę od rodziców jest związanie się z kimś innym na długie lata, a nawet na zawsze? Chyba nawet nie wierzę w to, że ktokolwiek chciałby ze mną dokonać takich zobowiązań. Wszak nic tak nie łączy ludzi jak kredyt. Boję się, że będę do końca życia mieszkać z mamą (do końca jej życia, nawiasem). Kocham ją, ale nie wyobrażam sobie tego. Chciałabym się wyprowadzić, mieć swoje mieszkanie, zabrać kota i uwić sobie małe gniazdko. Czuję, że nie mam nic swojego na tym świecie i to mnie męczy.

Kolejny raz zastanawia mnie, czy człowiek biorąc leki staje się sobą i ten sztuczny marazm odchodzi w zapomnienie, czy to właśnie ten marazm jest prawdziwy, a leki tylko go maskują? To pytanie wydaje mi się kluczowe w ustaleniu tego, kim jesteśmy.

wtorek, 17 lutego 2015

Najgorszy człowiek na świecie.

Dawno nie czytałam żadnej książki, a już na pewno nie takiej, która by mnie poruszyła. Nie było to poruszenie typu wzruszenie ze łzami w oczach jak po ostatnim odcinku Grey's Anatomy, ale porównywalne z odniesieniem treści do siebie samej. Choć alkoholu nie piję i innych używek również nie stosuję, to jednak coś we mnie drgnęło. Ta pustka. Pustka, o której Małgorzata Halber pisze, jak bardzo jej doskwiera i jak bardzo zniszczyła jej życie, które nadrabiała sięgając po alkohol. I to prawda, że każdy ma swoją pustkę, którą każdego dnia wypełnia na własny sposób. Narkotyki, seks, internet, hazard, zakupy, diety, sport, nadmierne kontakty towarzyskie (bo i owszem, zbyt natrętne chodzenie na kawkę też może oznaczać coś niedobrego). Bo najgorzej jest wtedy, gdy człowiek musi zostać sam ze swoimi myślami, albo, co gorsza, z emocjami, których nie chce do siebie dopuścić. Ile razy włączasz radio albo telewizję, żeby nie słyszeć szumu ciszy odbijającej się od ścian. Ile razy sięgasz po czekoladę albo kanapkę, bo akurat nie masz co robić, więc to dobry moment na zajedzenie pustki. Ile razy siedzisz na idiotycznym forum i czytasz posty tych głupich lasek, które zadają tak idiotyczne pytania, że łapiesz się za głowę i myślisz, skąd tacy ludzie się w ogóle biorą i że Ty taki nie jesteś. I być może nawet masz rację, że taki nie jesteś, bo jesteś inny. Ale to Ty czytasz z pogardą o cudzym życiu i to Ty cieszysz się cudzym nieszczęściem albo niepowodzeniem. To taka ludzka tendencja do porównywania się, bo trzeba mieć kontekst. Ale w tym kontekście nie ma większego sensu, bo zawsze będą mądrzejsi od nas, chudsi od nas, wyżsi od nas, bardziej elokwentni, odnoszący większe sukcesy i zarabiający więcej kasy, przez co stać ich na lepsze samochody, lepsze mieszkania z dizajnerskimi meblami i wystawne imprezy w modnych ciuchach. A to wszystko nie ma większego znaczenia, kiedy Twoje życie i tak wypełnia pustka. Choćbyś kupił najfajniejszy ciuch w sklepie, to i tak rzucisz go niebawem w kąt, bo nie masz dokąd w nim pójść. I wcale już tak nie cieszy.

Nie wiem, czy jestem najgorszym człowiekiem na świecie, ale z pewnością wielokrotnie tak się czułam. Wiem też, że nie chcę nim być. Nie wiem jednak nadal, czego tak naprawdę chcę i czego potrzebuję. Uświadomiłam sobie, że też mam pustkę, którą próbuję wypełnić na różne sposoby, ale to nie działa albo działa tymczasowo, a mnie półśrodki nie interesują. Albo na sto procent, albo wcale, bo inaczej nie będzie satysfakcji. Tylko czemu?

Uświadomiłam sobie też, że jest niewiele rzeczy, które robię naprawdę dla siebie. Większość rzeczy robię dlatego, że tak trzeba. Mówię "dzień dobry" sąsiadom, bo tak trzeba, a kiedy mijam tego, którego nie lubię, w związku z czym nawet się nie odzywam, bo wcale nie chcę mu życzyć dobrego dnia ani oznajmiać mu, że mój jest dobry. Ale jednak gdzieś w środku czuję wstyd, że tego nie zrobiłam, bo tak przecież trzeba robić. Trzeba mieć też pracę - tak przynajmniej twierdzi moja koleżanka, która z zawodu jest córką jej ojca, ale tydzień temu dostała pracę w call center, więc od tego momentu zna receptę na samodzielność i dorosłość. Trzeba dostosować siebie pod cudze oczekiwania, bo w przeciwnym razie ich zawiedziesz. Cudze plany i potrzeby nagle stają się Twoimi, a gdy je spełniasz, to nie czujesz żadnej satysfakcji, bo nie są tak naprawdę Twoje i nigdy nie były. Chcesz czerpać z życia całymi garściami, ale to przecież niemożliwe, kiedy robisz to, co chcą inni, a Ty tego nie czujesz i nie czujesz już zadowolenia prawie wcale. Działasz jak automat - byle zrobić swoje, a potem można odpocząć od życia, od świata, od tego, czego nie lubisz. Ale co z tym, co lubisz? Już nawet nie pamiętasz, co sprawia Ci przyjemność. I tu rodzi się pustka, którą zapełniasz byle czym. Byle nie ssała jak pusty żołądek i nie przypominała o sobie. Kupujesz byle co, byle na chwilę poczuć tę radość z nowej ładnej rzeczy. Kolegujesz się z byle kim, ignorując tych, którzy są tego warci. Marnujesz czas na bzdury zamiast zająć się czymś, co naprawdę Cię cieszy - nawet, jeśli byłoby to najgłupsze na świecie. Robisz to, czego inni oczekują od Ciebie - nawet wbrew własnemu przekonaniu, że tak należy. Uzależniasz się od opinii innych, od ich uznania, od ich miłości, a tak naprawdę nawet sam siebie nie lubisz, choć powinieneś. Racjonalizujesz sobie to wszytko, że to jednak ma sens. A nie ma. I tak się przecież nie da.


środa, 31 grudnia 2014

Nowy rok, nowe podsumowanie, ale bez nowych postanowień.

Święta minęły, a ja odnosiłam dotychczas wrażenie, że nie minęło aż tak dużo czasu od poprzedniego posta. Czas jednak strasznie szybko leci, szczególnie wtedy, gdy przesypia się połowę dnia, jak to wygląda w moim przypadku od dłuższego czasu. Pogoda również nie sprzyja wykluciu się z nory, choć jakiś czas temu zaczęło mi to lepiej wychodzić niż dotychczas. Święta i związana z nimi przerwa w uczęszczaniu na uczelnię spowodowały, że się całkowicie rozleniwiłam i mój zegar biologiczny znowu rozchwiałam do granic możliwości rozpoczynając dzień w porze obiadowej, a czasem nawet i później. Siedzę więc teraz po godzinie 2 w nocy i marnuję kolejne minuty, podczas których powinnam już od dawna spać. Właściwie to i tak jutro nigdzie nie wychodzę, bo w tym roku nie mam w perspektywie spędzenia nigdzie sylwestra poza domem, więc nie muszę nigdzie się spieszyć i mam czas. Nie chcę skupiać się na negatywnych momentach minionego roku, więc napiszę jedynie, co udało mi się zrobić i z czego jestem zadowolona. Przede wszystkim cieszę się z tego, że w końcu wzięłam się za siebie i udałam się po pomoc do terapeuty, dzięki czemu widzę już drobną poprawę od kiedy we wrześniu nastąpił kryzys. Przy odrobinie wsparcia z zewnątrz jest mi dużo łatwiej dbać o swoje sprawy i próbować funkcjonować tak, jakbym chciała. Jeszcze daleka droga przede mną, ale pierwsze kroki już uczyniłam i jestem z tego zadowolona. Staram się również nie stawiać sobie celów wybiegających zbyt daleko w przyszłość (choć z tym akurat bywa trudno, szczególnie po ponad czterech latach związku i posiadaniu różnych wizji na temat dalszego, mam nadzieję, że wspólnego, życia) i takich, które wykraczałyby zbytnio poza moje możliwości. Nie chcę się dołować drobnymi porażkami ani tym, gdy nie uda mi się wykonać czegoś na sto procent. Wydaje mi się, że udaje mi się powoli przestawać być dla siebie tak surowa i cieszyć się z małych sukcesów, krok po kroku. Jest to dla mnie istotną zmianą podejścia ze względu na to, że rozdrapywanie drobnych porażek do skali tragedii działa na mnie mocno demotywująco, przez co nie dostrzegam szansy na zmianę z przyszłości, ani nie widzę też zmian, które już zaszły i które zachodzą w danym momencie. Nie chcę przewartościowywać negatywnych rzeczy i skupiać na nich swojego życia, bo składa się ono z wielu innych aspektów. Nie muszą otaczać mnie idealni ludzie, idealne przedmioty, a ja sama również nie muszę być idealna. Perfekcjonizm jest destrukcyjny jak każda inna utopia. Chciałabym też zacząć wartościować bardziej cechy nabyte niż nabyte rzeczy, które tak naprawdę nie powinny mieć większego znaczenia, a jednak gdzieś tam krąży ciągle wrażenie, że zawsze czegoś brakuje. Jestem zła na siebie za swój konsumpcjonizm i chęć posiadania wszystkiego i brak cierpliwości w pozyskiwaniu różnych dóbr. Chciałabym bardziej być niż mieć, ale lubię mieć i otaczać się ładnymi rzeczami. W rezultacie jestem zagracona ładnymi rzeczami, z których nawet nie korzystam. Ale są.

Miało nie być skupiania się na negatywach i nowych postanowieniach, a już się pojawiły. Wszak postanowienie, że się nie będzie niczego postanawiać, to też postanowienie.

Ludzie pytali mnie w czasie świąt, czego mogą mi życzyć. Pierwszą moją myślą było jednomyślnie: spokoju. Ale nie takiego spokoju od świata, który sobie zapewniam razem z kosztami w ramach konsekwencji, ale spokoju ducha, bym mogła cierpliwie i bez zbędnych emocji rozpoczynać każdy dzień i stawiać czoła większym i mniejszym wyzwaniom. Bym mogła mieć na tyle poukładane w środku, by chciało mi się chcieć. By móc czerpać więcej z życia i nie marnować czasu, który przecieka przez palce nawet nie wiadomo kiedy. I być może zabrzmi to banalnie, ale więcej radości. Po prostu. Zbyt wiele niepotrzebnych zmartwień sobie nakładamy zamiast cieszyć się z tego, kim jesteśmy, kto nas otacza i jakie mamy możliwości każdego dnia do eksplorowania świata. Nawet tego najbliżej nas, o którym często zapominamy i odkładamy go na później. Tego również życzę wam, o ile ktoś to w ogóle czyta. No i zdrowia, choć ze spokojem ducha to i o zdrowie dużo prościej. Żyjcie. Nie wegetujcie. Niech nie stanowi to większości waszego życia, by je tylko przetrwać. Bądźcie dla siebie dobrzy.

sobota, 18 października 2014

Brak siły.

Jak pisałam w ostatnim poście, w sierpniu pracowałam i ogólnie życie wydawało się wtedy łatwiejsze, pomimo obowiązków codziennego wstawania i siedzenia tych paru godzin w pracy. We wrześniu prawie cały czas odpoczywałam i próbowałam zebrać siły na nadchodzący rok akademicki, który, gdy ostatecznie nadszedł wraz z jesienią, wyssał ze mnie resztki energii i motywacji. Z doświadczenia wiem, że wchodzenie w tryb pracy i obowiązków mi pomagało, jednak tym razem pewne sytuacje mające miejsce przed końcem wakacji na tyle mnie dotknęły, że do teraz ciężko mi funkcjonować i racjonalne tłumaczenie przestało działać. Jak to jest, że wszystko gra, a nagle nadchodzi jeden cios i wszystko niszczy? Cios, który nie powinien mieć żadnego znaczenia, tak samo jak osoba, ze strony której pochodził, a jednak trafia w całą konstrukcję najcelniej, jak tylko mógł.

Potrafię wykonać tylko podstawowe obowiązki, bo do innych nie czuję zupełnie motywacji ani siły, by nawet próbować. Jestem w stanie pojechać na uczelnię i z powrotem, ale nie mam poczucia satysfakcji z tego powodu, choć nie mam też przynajmniej wyrzutów sumienia, że jestem nieobecna. Nic mnie nie bawi obecnie, nawet zbliżające się urodziny, które zawsze lubiłam i cieszyłam się, że będzie okazja do spotkania większą grupą ze znajomymi, a w tym roku sobie odpuszczę, bo nie czuję się zupełnie na siłach, by w ogóle wychodzić gdziekolwiek i być ponadto w centrum czyjejkolwiek uwagi w tak radosnych okolicznościach.

W czwartek odebrałam dokumentację z historią choroby od psycholog z poradni, do której chodziłam parę lat temu. Dostałam kilkanaście stron wspomnień z różnych spotkań, na niektóre nawet nie docierałam i to też zostało udokumentowane. Czytałam tę historię i tylko się uśmiechałam pod nosem, bo równie dobrze mogłoby to być spisane dzisiaj, choć może nie z aż takim nasileniem, jak wtedy, bo tym razem lepiej sobie radzę z lękami i uczelnia ma takie warunki, że czuję się tam zdecydowanie bezpieczniej niż w liceum, gdzie uczeń traktowany był jak więzień, przynajmniej w moim odczuciu. W poniedziałek wybieram się na pierwszą po upływie tamtego czasu wizytę konsultacyjną u innego psychologa i, choć nie liczę na rewolucję po tym spotkaniu, mam jednak nadzieję, że dostanę jakiekolwiek wskazówki albo że chociaż potwierdzą się moje przypuszczenia i będę mogła ukierunkować swoje działania. Czeka mnie też prawdopodobnie wizyta u psychiatry (docelowo tam właśnie chciałam się zapisać, ale w naszym państwie dostać się na fundusz do takiego specjalisty dla dorosłych graniczy z cudem, więc będę zmuszona iść prywatnie). Po cichu liczę na wznowienie farmakoterapii, bo czuję, że tego mi właśnie trzeba chwilowo, a nie chcę na własną rękę testować.

Chciałabym być girl power, ale chwilowo nie czuję w sobie żadnej mocy. Jedynie tę, która pozwala mi sięgnąć po pomoc i to od obcej osoby, bo nie oczekuję jej od bliskich osób, które w większości albo nie rozumieją stanu, w którym się znajduję, albo zwyczajnie już ich to nie obchodzi, bo przywykli. Nie winię ich za to, lecz nie widzę sensu nawet angażowania kogokolwiek w to wszystko. Przez te wszystkie lata, kiedy zaczęła się moja choroba, straciłam większość znajomych, niektórych nawet bez poznania powodu do dzisiaj, ale przestało mnie to już dziwić i zaczęło coraz rzadziej martwić. Chwilowo i tak nie czuję potrzeby, by się z kimkolwiek widywać i udawać, że wszystko jest w porządku, a tego każdy ode mnie oczekiwał odkąd pamiętam. Jestem tym zmęczona.


Zdjęcie zrobiłam czekając na autobus na przystanku przy Starym Mieście. Mijam tę kamienicę w drodze na uczelnię i zawsze przykuwała mój wzrok z jakiegoś powodu.