niedziela, 31 lipca 2016
Wakacje.
Wróciłam dziś z kilkudniowego wyjazdu na działkę, którą kupili w zeszłym roku rodzice. Byliśmy wszyscy - rodzice właśnie, chłopak, pies i mój kot (przy którym, swoją drogą, ciężko odpocząć, bo wiecznie ucieka z terenu pragnąc odkrywać nowe tereny, więc trzeba go pilnować). Akurat w drodze powrotnej czytałam nadrabiałam zaległości internetowe i natknęłam się na artykuł mówiący o tym, że ludzie nie potrafią odpoczywać i musimy uczyć się od nowa, jak to robić. Fakt. W moim przypadku trochę tak jest, że odpoczynek z dala od sieci, miasta i szybkich rozrywek nie jest już tak prosty jak kiedyś, bo jednak brakuje tego dostępu do szybkich bodźców na telefonie czy komputerze. Wyciszenie się nie jest proste, szczególnie w obecności innych osób. Jestem trochę typem samotnika, a tymczasem prawie non-stop ktoś obok mnie przebywał, do czego nie jestem przyzwyczajona. Brakowało mi trochę takich momentów, w których mogłabym pobyć całkiem sama - chociażby iść spać samotnie, bez nikogo w pomieszczeniu, ale i tak zniosłam to przyzwoicie. Nawet nie przeszkadzała mi już aż tak grobowa ciemność, która towarzyszy nad jeziorem w środku nocy bez oświetlenia na zewnątrz. Robiłam też trochę zdjęć, ale większość czasu właściwie odpoczywałam leżąc na świeżym powietrzu i trochę pływając, ładując akumulatory do pracy, którą zaczynam w najbliższy czwartek. Właściwie to wróciłam z lekkim mętlikiem w głowie, choć pewnie jutro to minie.
sobota, 7 listopada 2015
...
Najgorszym uczuciem jest silna potrzeba uzyskania i odczuwania perfekcji, kiedy wszystko wokół wydaje się mdłe i przeżute jak stare sznurowadła. Wszystko musi być perfekcyjne, bo inaczej nie ma sensu. Cudownie, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Tragicznie, kiedy nastąpi nagła i nieprzewidziana często zmiana planów. Mój perfekcyjny plan już został zniszczony. Moje perfekcyjne lustro zostało bezpowrotnie porysowane. Gonić króliczka, którego nigdy nie da się złapać, bo nie istnieje naprawdę. Perfekcja rodzi porażkę, a porażka rodzi poczucie bezsensu.
Plan. Zrobić to, potem tamto, a potem ma być satysfakcja. Zamiast satysfakcji pojawia się jedynie ulga, że już po wszystkim. Robię, bo wypada, bo trzeba. Robię, bo powinnam. Ale nie czuję ani satysfakcji, ani radości, ani nawet minimum zadowolenia. Czuję jedynie ulgę, że już po wszystkim, że nic mnie już nie czeka.
A jednak jest nijako i rzygam już tym, że nie widać niczego na horyzoncie. Wszystko wydaje się fałszywe i nieistotne. Kiedyś takie nie było, kiedyś przestanie takie być. Za rok, za dwa, za dziesięć. A po roku wszystko jest tak samo słabe. I tak co rok.
Spadłam z karuzeli i nie potrafię wsiąść na nowo. Nie wiem nawet, czy chcę, bo nawet bez tego mam zawroty głowy i nudności. Tak źle, a inaczej jeszcze gorzej. Tutaj nie ma zwycięstwa, jest tylko mniejsze zło. Wybór między bólem głowy a bólem brzucha. Osobiście wolę ból brzucha, ale co z tego, skoro to nadal boli. Myśl pozytywnie i doceniaj to, co masz. Przecież to nawet nie brzmi sensownie. I nikogo to nie obchodzi.
Plan. Zrobić to, potem tamto, a potem ma być satysfakcja. Zamiast satysfakcji pojawia się jedynie ulga, że już po wszystkim. Robię, bo wypada, bo trzeba. Robię, bo powinnam. Ale nie czuję ani satysfakcji, ani radości, ani nawet minimum zadowolenia. Czuję jedynie ulgę, że już po wszystkim, że nic mnie już nie czeka.
A jednak jest nijako i rzygam już tym, że nie widać niczego na horyzoncie. Wszystko wydaje się fałszywe i nieistotne. Kiedyś takie nie było, kiedyś przestanie takie być. Za rok, za dwa, za dziesięć. A po roku wszystko jest tak samo słabe. I tak co rok.
Spadłam z karuzeli i nie potrafię wsiąść na nowo. Nie wiem nawet, czy chcę, bo nawet bez tego mam zawroty głowy i nudności. Tak źle, a inaczej jeszcze gorzej. Tutaj nie ma zwycięstwa, jest tylko mniejsze zło. Wybór między bólem głowy a bólem brzucha. Osobiście wolę ból brzucha, ale co z tego, skoro to nadal boli. Myśl pozytywnie i doceniaj to, co masz. Przecież to nawet nie brzmi sensownie. I nikogo to nie obchodzi.
wtorek, 22 września 2015
Przyjaźń i Kraków w stolicy.
Nigdy nie byłam specem od przyjaźni i warto to od razu zaznaczyć, zanim przejdę do rzeczy. Wynika to z wielu przyczyn, do których mogę śmiało zaliczyć swój niełatwy charakter (zwany także po prostu chujowym) oraz niechęć do wiecznych poświęceń dla drugiej osoby. Jestem egoistką, a egoizm nie jest dobrym składnikiem przyjaźni. Gdzieś w życiu pominęłam też ważną lekcję z relacji międzyludzkich i nie odnajduję się w ścisłych i wymagających relacjach. Wielu rzeczy nauczyłam się w swoim dotychczas pięcioletnim związku, jednak jest to zupełnie inny rodzaj relacji niż czysto przyjacielska. Nie ma co porównywać miłości do przyjaźni, bo to inne kalibry. Każda z tych relacji cechuje się czymś innym, dzięki czemu można być, na przykład, wspaniałym przyjacielem, ale nie mieć tak zwanego szczęścia w miłości i umiejętności budowania relacji bliższych z płcią przeciwną (albo własną, wedle preferencji). Można też odnaleźć się w partnerstwie i stworzyć wieloletni związek, ale nie potrafić utrzymać przyjaźni na dłuższą metę. Wynika to z masy potencjalnych przyczyn i na jednej z nich chciałabym się teraz skupić.
Definicje. Nie wiem, czy istnieje uniwersalna definicja przyjaźni, ale wiem, że wielu ludzi ma własną i mogą one się między sobą różnić i to w sposób znaczący. Rodzi to potencjalny problem w dobraniu tej odpowiedniej osoby, którą moglibyśmy szczerze nazwać przyjacielem. Dla mnie od zawsze było swego rodzaju wyróżnieniem. Nie nazywałam przyjacielem byle kogo. W zasadzie do tej pory chyba tylko dwie osoby tak nazwałam, przy czym jedna już nie jest w nim obecna z własnego wyboru. Czy można więc było nazwać to przyjaźnią? Z perspektywy czasu i z obecną wiedzą mogę powiedzieć, że raczej nie. Relacja ta bowiem była bardzo dziwna, choć nie powinno mnie to dziwić, bo jeśli dwoje dziwnych ludzi się spotyka na jakimś etapie swojego życia, to relacja również wychodzi nieszablonowa. Teraz już wiem, że nastąpiło tutaj klasyczne niedopasowanie z dość cichym i do dziś tajemniczym dla mnie zakończeniem po parunastu latach znajomości w bonusie. Zdarza się.
Spotkałam też na swej drodze osobę, której definicja przyjaźni była o tyle specyficzna w swej prostocie, że aż nie do zniesienia. Jak mówiłam - dla mnie przyjaźń to wyróżnienie i, być może naoglądałam się w życiu za dużo filmów i seriali, ale traktuję relację tego typu jako constans. Osoba ta podzielała ten pogląd, jednak w formie wiecznego poświęcenia, wyrzeczeń na rzecz drugiego człowieka, rezygnacji z samego siebie pod innych i stawiania tej konkretnej relacji ponad wszystkie inne. Ja, jak pisałam na początku, nie jestem skłonna do takich poświęceń. Nie jestem w stanie postawić przyjaźni ponad rodzinę (a też spotykałam się z wyrzutem, że wolę na przykład pomóc własnej chorej babci po operacji niż spotkać się z ową "przyjaciółką") i dla mnie przyjaciel nigdy nie powinien mieć prawa do roszczenia sobie takiej pozycji w życiu znajomych, co powinno być oczywiste. Nie jestem też w stanie zrezygnować z tego, kim jestem, bo druga osoba ma inny tryb życia, inne zainteresowania czy inną wizję znajomości. To po prostu nie ma prawa przetrwać. Tak samo jak związek, w którym jedna osoba chce podróżować z partnerem, a druga jest domatorem i woli towarzystwo koca i kubka z ciepłą herbatą. Jasne, że są kompromisy, ale ciężko pogodzić leżenie na kanapie z chodzeniem po górach całymi dniami. Po prostu. Na siłę się nie zbuduje ani miłości, ani przyjaźni.
Drugą osobą, którą mogłam i nadal mogę nazwać swoim przyjacielem (choć teraz wiem, że jedynym), jest mój wieloletni znajomy na odległość, którego poznałam zupełnym przypadkiem będąc jeszcze w podstawówce na koloniach i robiąc głupie dowcipy telefoniczne. Mój przyjaciel stał się ofiarą jednego z wielu moich durnych żartów, ale jako jedyny postanowił dowiedzieć się, kto był ich autorem. Początkowo bowiem sądził, że to któryś z jego znajomych, co szybko zanegowałam, jednak on się nie poddał i w jakiś sposób zaczęliśmy po prostu rozmawiać. Spędzaliśmy wiele godzin na wspólnych rozmowach przez internet, aż w końcu po paru latach takiego pisania spotkaliśmy się face to face, gdy przyjechał do Warszawy. Potem ja przyjechałam do niego i była to moja pierwsza (i jedyna jak dotąd) wizyta w Krakowie. Mijały lata, z czasem nasz kontakt trochę osłabł, ale zawsze raz na jakiś czas któreś pytało: co słychać? Widzieliśmy się jeszcze kilka razy, w tym w ostatnią sobotę, bo akurat miał być znowu w stolicy. Spotkaliśmy się i spędziliśmy ze sobą większość dnia. Ostatni raz widzieliśmy się w grudniu zeszłego roku i od tamtej pory rozmawialiśmy jakieś trzy razy. Spotkanie jednak wyglądało tak, jakbyśmy widzieli się raptem z tydzień temu i gadaliśmy jak starzy kumple. Muszę powiedzieć, że bardzo się różnimy - styl życia zupełnie inny, inne temperamenty, inne etapy w życiu, prawdopodobnie też nieco inne priorytety. Mogłabym tak wymieniać szczegółowo różnice, jak chociażby to, że ja właśnie robię prawo jazdy, bo mam dosyć komunikacji miejskiej, chcę wygody i mniejszego wysiłku w przemieszczaniu się. On z kolei jeździ wszędzie rowerem (no, prawie, bo do Warszawy przyjechał jednak pociągiem). Różni się też nasze podejście do wygody i stroju - on ceni sobie wygodę i praktyczność ponad wszystko, a ja, cóż, po prostu lubię ładne i modne ubrania, często nawet niewygodne, ale ładne. Wiem też, że jest osobą wierzącą - nie tylko w Boga, ale również w zasady, co w dzisiejszych czasach, pomimo deklaracji niejednego wyznawcy, nie jest ze sobą tożsame. Ja jestem ateistką i niektórych zasad zwyczajnie nie podzielam. Niemniej - obydwoje szanujemy swoje poglądy i nigdy nie mieliśmy z powodu tych i wielu innych różnic problemów. Właściwie to nie przypominam sobie nawet, byśmy kiedykolwiek się pokłócili, bo nie było o co. Nasza relacja powstała w naturalny i niczym nieprzymuszony sposób i taka też jest do dzisiaj. Żadne z nas nie pisze, bo tak wypada. Piszemy, kiedy mamy na to ochotę. Zero presji, zero musu. Ale obydwoje wiemy, że możemy na siebie liczyć, gdyby coś się stało. Nie wiem, czy on podziela moje spostrzeżenie, ale dla mnie jest on takim cichym duchem, który czasem pojawia się i znika, by z ukrycia czuwać i w odpowiednim momencie znów się ujawnić. Chyba tak mogłabym zdefiniować własną wizję przyjaźni.
Dla mnie przyjaźń to wolność. Presja, wymuszanie i sztuczne silenie się na cokolwiek jest jej zupełną odwrotnością. Przyjaźń to coś trwałego, ale nie coś, co mamy na głowie cały czas i musimy o nią zabiegać na siłę i stawać na rzęsach, żeby ją utrzymać. Prawdziwa przyjaźń po prostu jest i rodzi się sama. Być może nie każda ma szansę na codzienne spotkania i plotki przy kawie, ale to nie model zachowań definiuje relację, a to, co specyficznego pojawia się między dwojgiem ludzi i co rodzi się na miarę ich wspólnych możliwości. Moja przyjaźń przechadza się czasem po starówce w ukulele w rękach i popija herbatę w knajpie w piwnicy. To człowiek orkiestra, który prawdopodobnie ma większość rzeczy, która mogłaby się w różnych sytuacjach przydać. No bo kto nosi hamak w plecaku albo klucz techniczny, tak na wszelki wypadek? Pewnie niewiele osób. Ja nie noszę nawet podpasek na zapas w torebce ani tuszu do rzęs. Prędzej ładowarkę do telefonu i papierosa. A on nigdy nie palił i pewnie nie będzie.
Można spotykać się codziennie z ludźmi, którzy nigdy nie będą twoimi przyjaciółmi. Można też widywać swojego przyjaciela raz do roku, a nawet rzadziej, i jest to całkiem w porządku, bo taka po prostu jest ta przyjaźń. I nie ma drugiej takiej samej. Podobnie jest ze związkami. Szablony są do bani.
Definicje. Nie wiem, czy istnieje uniwersalna definicja przyjaźni, ale wiem, że wielu ludzi ma własną i mogą one się między sobą różnić i to w sposób znaczący. Rodzi to potencjalny problem w dobraniu tej odpowiedniej osoby, którą moglibyśmy szczerze nazwać przyjacielem. Dla mnie od zawsze było swego rodzaju wyróżnieniem. Nie nazywałam przyjacielem byle kogo. W zasadzie do tej pory chyba tylko dwie osoby tak nazwałam, przy czym jedna już nie jest w nim obecna z własnego wyboru. Czy można więc było nazwać to przyjaźnią? Z perspektywy czasu i z obecną wiedzą mogę powiedzieć, że raczej nie. Relacja ta bowiem była bardzo dziwna, choć nie powinno mnie to dziwić, bo jeśli dwoje dziwnych ludzi się spotyka na jakimś etapie swojego życia, to relacja również wychodzi nieszablonowa. Teraz już wiem, że nastąpiło tutaj klasyczne niedopasowanie z dość cichym i do dziś tajemniczym dla mnie zakończeniem po parunastu latach znajomości w bonusie. Zdarza się.
Spotkałam też na swej drodze osobę, której definicja przyjaźni była o tyle specyficzna w swej prostocie, że aż nie do zniesienia. Jak mówiłam - dla mnie przyjaźń to wyróżnienie i, być może naoglądałam się w życiu za dużo filmów i seriali, ale traktuję relację tego typu jako constans. Osoba ta podzielała ten pogląd, jednak w formie wiecznego poświęcenia, wyrzeczeń na rzecz drugiego człowieka, rezygnacji z samego siebie pod innych i stawiania tej konkretnej relacji ponad wszystkie inne. Ja, jak pisałam na początku, nie jestem skłonna do takich poświęceń. Nie jestem w stanie postawić przyjaźni ponad rodzinę (a też spotykałam się z wyrzutem, że wolę na przykład pomóc własnej chorej babci po operacji niż spotkać się z ową "przyjaciółką") i dla mnie przyjaciel nigdy nie powinien mieć prawa do roszczenia sobie takiej pozycji w życiu znajomych, co powinno być oczywiste. Nie jestem też w stanie zrezygnować z tego, kim jestem, bo druga osoba ma inny tryb życia, inne zainteresowania czy inną wizję znajomości. To po prostu nie ma prawa przetrwać. Tak samo jak związek, w którym jedna osoba chce podróżować z partnerem, a druga jest domatorem i woli towarzystwo koca i kubka z ciepłą herbatą. Jasne, że są kompromisy, ale ciężko pogodzić leżenie na kanapie z chodzeniem po górach całymi dniami. Po prostu. Na siłę się nie zbuduje ani miłości, ani przyjaźni.
Drugą osobą, którą mogłam i nadal mogę nazwać swoim przyjacielem (choć teraz wiem, że jedynym), jest mój wieloletni znajomy na odległość, którego poznałam zupełnym przypadkiem będąc jeszcze w podstawówce na koloniach i robiąc głupie dowcipy telefoniczne. Mój przyjaciel stał się ofiarą jednego z wielu moich durnych żartów, ale jako jedyny postanowił dowiedzieć się, kto był ich autorem. Początkowo bowiem sądził, że to któryś z jego znajomych, co szybko zanegowałam, jednak on się nie poddał i w jakiś sposób zaczęliśmy po prostu rozmawiać. Spędzaliśmy wiele godzin na wspólnych rozmowach przez internet, aż w końcu po paru latach takiego pisania spotkaliśmy się face to face, gdy przyjechał do Warszawy. Potem ja przyjechałam do niego i była to moja pierwsza (i jedyna jak dotąd) wizyta w Krakowie. Mijały lata, z czasem nasz kontakt trochę osłabł, ale zawsze raz na jakiś czas któreś pytało: co słychać? Widzieliśmy się jeszcze kilka razy, w tym w ostatnią sobotę, bo akurat miał być znowu w stolicy. Spotkaliśmy się i spędziliśmy ze sobą większość dnia. Ostatni raz widzieliśmy się w grudniu zeszłego roku i od tamtej pory rozmawialiśmy jakieś trzy razy. Spotkanie jednak wyglądało tak, jakbyśmy widzieli się raptem z tydzień temu i gadaliśmy jak starzy kumple. Muszę powiedzieć, że bardzo się różnimy - styl życia zupełnie inny, inne temperamenty, inne etapy w życiu, prawdopodobnie też nieco inne priorytety. Mogłabym tak wymieniać szczegółowo różnice, jak chociażby to, że ja właśnie robię prawo jazdy, bo mam dosyć komunikacji miejskiej, chcę wygody i mniejszego wysiłku w przemieszczaniu się. On z kolei jeździ wszędzie rowerem (no, prawie, bo do Warszawy przyjechał jednak pociągiem). Różni się też nasze podejście do wygody i stroju - on ceni sobie wygodę i praktyczność ponad wszystko, a ja, cóż, po prostu lubię ładne i modne ubrania, często nawet niewygodne, ale ładne. Wiem też, że jest osobą wierzącą - nie tylko w Boga, ale również w zasady, co w dzisiejszych czasach, pomimo deklaracji niejednego wyznawcy, nie jest ze sobą tożsame. Ja jestem ateistką i niektórych zasad zwyczajnie nie podzielam. Niemniej - obydwoje szanujemy swoje poglądy i nigdy nie mieliśmy z powodu tych i wielu innych różnic problemów. Właściwie to nie przypominam sobie nawet, byśmy kiedykolwiek się pokłócili, bo nie było o co. Nasza relacja powstała w naturalny i niczym nieprzymuszony sposób i taka też jest do dzisiaj. Żadne z nas nie pisze, bo tak wypada. Piszemy, kiedy mamy na to ochotę. Zero presji, zero musu. Ale obydwoje wiemy, że możemy na siebie liczyć, gdyby coś się stało. Nie wiem, czy on podziela moje spostrzeżenie, ale dla mnie jest on takim cichym duchem, który czasem pojawia się i znika, by z ukrycia czuwać i w odpowiednim momencie znów się ujawnić. Chyba tak mogłabym zdefiniować własną wizję przyjaźni.
Dla mnie przyjaźń to wolność. Presja, wymuszanie i sztuczne silenie się na cokolwiek jest jej zupełną odwrotnością. Przyjaźń to coś trwałego, ale nie coś, co mamy na głowie cały czas i musimy o nią zabiegać na siłę i stawać na rzęsach, żeby ją utrzymać. Prawdziwa przyjaźń po prostu jest i rodzi się sama. Być może nie każda ma szansę na codzienne spotkania i plotki przy kawie, ale to nie model zachowań definiuje relację, a to, co specyficznego pojawia się między dwojgiem ludzi i co rodzi się na miarę ich wspólnych możliwości. Moja przyjaźń przechadza się czasem po starówce w ukulele w rękach i popija herbatę w knajpie w piwnicy. To człowiek orkiestra, który prawdopodobnie ma większość rzeczy, która mogłaby się w różnych sytuacjach przydać. No bo kto nosi hamak w plecaku albo klucz techniczny, tak na wszelki wypadek? Pewnie niewiele osób. Ja nie noszę nawet podpasek na zapas w torebce ani tuszu do rzęs. Prędzej ładowarkę do telefonu i papierosa. A on nigdy nie palił i pewnie nie będzie.
Można spotykać się codziennie z ludźmi, którzy nigdy nie będą twoimi przyjaciółmi. Można też widywać swojego przyjaciela raz do roku, a nawet rzadziej, i jest to całkiem w porządku, bo taka po prostu jest ta przyjaźń. I nie ma drugiej takiej samej. Podobnie jest ze związkami. Szablony są do bani.
wtorek, 25 sierpnia 2015
Przedwrześniowy kryzys.
Złapał mnie chyba mały kryzys w związku z końcem lata, bo, pomimo, że rok akademicki rozpoczynam dopiero za ponad miesiąc, w telewizji już od jakiegoś czasu widnieje coroczny miks zeszytów, podręczników (ba, nawet reklamy kredytu na wyprawkę), a pogoda też zaczęła zsyłać pierwsze deszcze i powoli zaczyna być czuć jesienną aurę, dosłownie też. Nie mam już żadnych planów wyjazdowych na ten rok, więc sezon wypraw mogę uznać za zamknięty. Czuję, że coś się kończy, ale nie czuję, że to zwiastuje początek czegokolwiek innego.
W najbliższej perspektywie nadchodzi tylko wesele obcych dla mnie osób. Zostałam bowiem zaproszona jako osoba towarzyska, a wydaje mi się to wysoce niestosowne, by odmówić partnerowi. Dawno nie byłam na weselu i ślubie. Ostatnie było chyba mojej mamy z ojczymem jakieś 14 lat temu, więc nie pamiętasz tego za dobrze nawet. Wydaje mi się jednak, że średnio mi się podobają takie imprezy. Sama nie wiem - masa starszych cioć i babć (i to cudzych) pijących wódkę i tańczących do disco polo. Drętwa jestem, ja się do disco polo bawić nie umiem i nie chcę. Czuję, jak każda kolejna minuta z Boysami niszczy połączenia między moimi neuronami. To szkodzi bardziej niż alkohol, a alkohol szkodzi mi też na żołądek, więc nawet zbytnio nie wypiję, by znieczulić to cierpienie. Dostanę pewnie schabowego, którego nie tknę, i zostaną mi suche kluski do rosołu. No ale nic. Może nie będzie tak źle.
Cały czas jestem w trakcie robienia prawa jazdy. Dzisiaj udało mi się zdać teorię za pierwszym podejściem i czekam na przepisanie do nowego ośrodka jazdy w celu rozpoczęcia jazd (wybór pierwszej był niestety nieporozumieniem, na które szkoda mi czasu i pieniędzy).
Ludzie są jednak dziwni. Przez chwilę wydawało mi się, że nie są, ale wszystko wraca właściwie do tej pierwotnej normy. Subiektywnej, ale normy. Ja też w tym wszystkim jestem dziwna, jednak nie gwarantuje to szansy na znalezienie porozumienia między światem zewnętrznym. Nie wiem już nawet, co w związku z tym czuć, bo z wiekiem przestaję czuć cokolwiek odnośnie takich rzeczy. Opisuję chłodno zdarzenia, stwierdzam fakty. I nie odbieram tego emocjonalnie. Pierwsze oczko w rajstopach zawsze boli najbardziej, a potem można już samemu rozrywać dalej. To bez znaczenia. Kiedyś cerowałam takie rajstopy, dziś szkoda mi na to chyba energii. Życie daje więcej możliwości niż cerowanie starych, przechodzonych rajstop. Taką mam przynajmniej nadzieję (jeszcze).
niedziela, 26 lipca 2015
Post-wyjazdowy post.
To samo tyczy się samodzielnego wyjazdu. Nie taki diabeł straszny. Podróż w stronę morza trochę mnie stresowała początkowo, ale mnie generalnie podróże stresują. Nie przepadam za jeżdżeniem autokarami i innymi środkami publicznego transportu, więc lekki ucisk żołądka był przewidywalny. Po jakimś czasie, standardowo, mijał. Powrót też kosztował mnie trochę nerwów ostatniej nocy przed wyjazdem, ale przetrwałam. Podczas pobytu spotkała nas przykra, choć nawet zabawna sytuacja, albowiem pierwszej nocy siedziałam na łóżku i poczułam zimne krople na głowie. Padało i zaczął nam przeciekać sufit. Spędziliśmy dwie noce z kapiącą do miski wodą, potem zostało to naprawione i męka z wodą się zakończyła. Podejście właścicieli ośrodka było co najmniej niestosowne, bo ich pierwszą reakcją było odcięcie się od problemu słowami: "to nie nasz problem". No cóż, notabene to nie na ich głowę kapało, jednakże sytuacja miała miejsce pod ich dachem i oczekiwaliśmy, że wezmą za to odpowiedzialność. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak nieznośne może być słuchanie co każde piętnaście sekund swoistego "plum" do miski i tak przez dwie doby z rzędu. Olewczy stosunek właścicieli spotęgował uczucie irytacji. Dostaliśmy (choć "wywalczyliśmy" byłoby adekwatniejsze) jednak zniżkę i nauczkę, że nie warto tam wracać, choć nie byłam tam pierwszy raz i dotychczas byłam zadowolona. Ośrodek jednak stanął w miejscu i nie spełnia już naszych oczekiwań - nie za taką cenę, w każdym razie. Przyjemna okolica i lokalizacja tuż przy morzu jednak to rekompensowała.
Lekko problematyczną kwestią było dla mnie menu w każdej knajpie w tym mieście. Stegna, bo tam byliśmy, nie ma wegetarianom zbyt wiele do zaoferowania. Nawet o cytrynę było ciężko. W knajpach musiałam zadowolić się pizzą, zapiekanką czy plackami, bo tylko to nie zawierało mięsa. Wegańskiej kuchni - całkowite zero. Mój żołądek się czasem buntował, bo każde danie było okropnie tłuste (co jest chyba zresztą specyfiką knajp nad morzem ogólnie, jednak z mięsem jest trochę łatwiej uniknąć tłustego sera i buły przy taki menu). Brakowało mi domowej zupy pomidorowej, ale nawet te są na mięsie, więc musiałam obejść się smakiem. Następnym razem zdecyduję się na miasto, które ma w swojej ofercie jakiekolwiek wege knajpy, bo, jak pizzę kocham, jednak jeść ją bity tydzień nie jest tak fajnie, jak mi się z początku wydawało.
| Pizza - jak wspominałam, dość stały element tego wyjazdu |
| Las |
| Morze przed zachodem |
| Zdjęcie zrobione pierwszego dnia |
wtorek, 14 lipca 2015
Słońce wstaje.
Kolejne lato, kolejny rok mija. Trzy lata temu na innym blogu pisałam, że niedługo zobaczę morze. Minęły trzy lata i faktycznie niebawem będę wdychać jod z piaskiem między palcami. Nie byłam od ostatniego wyjazdu nigdzie poza Warszawą, więc tym bardziej się cieszę. To będą moje pierwsze wakacje z chłopakiem, przypadnie przy okazji piąta rocznica naszego związku, więc czas najwyższy razem spędzić trochę czasu poza miastem.
Wczoraj wróciłam z Lublina, a wybrałam się tam z okazji koncertu Einsturzende Neubauten. Czekałam wiele lat na ten występ, powoli już nawet tracąc nadzieję, że zjawią się w Polsce, bo ostatni raz byli bodajże w 2006 roku. Byłam za małym szczylem, żeby ich wtedy znać. A jednak się pojawili i miałam możliwość wziąć udział w tym wydarzeniu. Show było niesamowite, chociaż dla kogoś, kto nie jest fanem, mogło wydać się zwyczajne, a może nawet nudne. Nie każdy wszak będzie sympatyzować z waleniem w metalowe rury i lubić dźwięki upadającego tłuczonego szkła. Niesamowity Blixa Bargeld z niecodziennym piskiem, nagłośnienie było bardzo dobre i bynajmniej nie odwalili chałtury, pomimo, że koncert był nieodpłatny. Kupiłam za to płytę, więc chociaż w ten sposób odwdzięczyłam się za ten fantastyczny występ. Liczyłam trochę na zdjęcie z Bargeldem, ale ponoć nie mają w zwyczaju robić sobie fotografii z fanami. Szkoda. Złotej ramy nad łóżkiem nie będzie. Ale co przeżyłam, to moje. Wybraliśmy się samochodem z koleżanką i facetem, podróż minęła gładko, chociaż zabłądziliśmy w Warszawie (sic!). Z powrotem byliśmy koło 3:00 i w niedzielę odsypiałam i ochłonęłam z wrażeń.
Dziś natomiast miałam dwie wizyty u lekarza, najpierw u endokrynologa, albowiem wykryto u mnie problemy z tarczycą. Zaczęło się niewinnie, bo przeszłam prawie pół roku temu na wegetarianizm, a po chwilowej poprawie samopoczucia nastąpił kryzys, więc udałam się do internisty i przebadałam sobie krew. Po tygodniach diagnoza była postawiona, a ja jestem w trakcie leczenia. Co dalej - okaże się po badaniach na przeciwciała, bo może to być Graves-Basedow, co obciąża mnie już prawdopodobnie do końca życia. Ale cieszę się, że jest już jasne, bo złe samopoczucie męczy mnie już od paru lat, a od kilku miesięcy się mocno nasiliło - zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Byłam przez to także pod opieką psychiatry i uczęszczałam na psychoterapię, więc dziś miałam konsultację psychiatryczną i właściwie już nie mam tam czego szukać, bo zrobiłam spory progres i wiele kwestii się poprawiło. Prawdopodobnie w dużej mierze dzięki lekom na tarczycę, ale ważne, że coś przynosi ulgę. Cierpiałam na ogromne bóle głowy, czasem co drugi dzień byłam wyjęta z życia i kończyło się płaczem z bezradności i wymiotami. Po lekach to wszystko minęło. Jedyne bóle głowy, jakie mam, to takie, jakie każdy miewa w życiu. I chwała lekom za to.
Patrzę pozytywnie na przyszłość, staram się stawiać sobie cele i je realizować. Zakończyłam kolejny rok na uczelni, wakacje poświęcę na odpoczynek (ten semestr mnie strasznie zmęczył razem z problemami zdrowotnymi), a w międzyczasie zajmę się zdawaniem prawa jazdy i będę chciała odłożyć trochę pieniędzy na samochód. Moje plany często wykraczają daleko w przyszłość, więc już zaczęłam nawet wybierać auto, choć jeszcze nie zapisałam się nawet na kurs. Ale nie martwi mnie to, bo wiem, że mam przed sobą wiele do zrobienia i będę do tego dążyć. Dużo lepsze uczucie niż popadanie w marazm i obliczanie godzin snu, jakie zostały.
Nadal mam wiele pracy przed sobą. Depresja i wszystkie objawy pochodne mogą jeszcze wrócić, bo to nie pierwszy raz, ale jestem dobrej myśli. Wiem, że da się to przetrwać i być sobą. Życie nie rzuca mi już kłód pod nogi, a wyzwania, które chętnie pokonam, a nie tylko ominę. Czuję, że mam wsparcie i nie tylko u faceta czy u matki, ale także u nowej osoby, która zjawiła się w moim życiu. Nigdy nie byłam dobra w bawienie się w przyjaźnie, ale teraz chyba dojrzałam do tej roli i jest mi z tym dobrze. Nie wiem, jak długo ta relacja potrwa, bo doświadczenie pokazało mi, że relacje koleżeńskie nie są wieczne, ale nie wiążę z tym obaw. Jest dobrze i chcę się skupić na tej myśli, a nie szukać dziury w całym, jak mam w zwyczaju. Spędzam więcej czasu w kuchni i nie mam już wrażenia, że stoję w miejscu. Jest naprawdę dobrze.
Wczoraj wróciłam z Lublina, a wybrałam się tam z okazji koncertu Einsturzende Neubauten. Czekałam wiele lat na ten występ, powoli już nawet tracąc nadzieję, że zjawią się w Polsce, bo ostatni raz byli bodajże w 2006 roku. Byłam za małym szczylem, żeby ich wtedy znać. A jednak się pojawili i miałam możliwość wziąć udział w tym wydarzeniu. Show było niesamowite, chociaż dla kogoś, kto nie jest fanem, mogło wydać się zwyczajne, a może nawet nudne. Nie każdy wszak będzie sympatyzować z waleniem w metalowe rury i lubić dźwięki upadającego tłuczonego szkła. Niesamowity Blixa Bargeld z niecodziennym piskiem, nagłośnienie było bardzo dobre i bynajmniej nie odwalili chałtury, pomimo, że koncert był nieodpłatny. Kupiłam za to płytę, więc chociaż w ten sposób odwdzięczyłam się za ten fantastyczny występ. Liczyłam trochę na zdjęcie z Bargeldem, ale ponoć nie mają w zwyczaju robić sobie fotografii z fanami. Szkoda. Złotej ramy nad łóżkiem nie będzie. Ale co przeżyłam, to moje. Wybraliśmy się samochodem z koleżanką i facetem, podróż minęła gładko, chociaż zabłądziliśmy w Warszawie (sic!). Z powrotem byliśmy koło 3:00 i w niedzielę odsypiałam i ochłonęłam z wrażeń.
Dziś natomiast miałam dwie wizyty u lekarza, najpierw u endokrynologa, albowiem wykryto u mnie problemy z tarczycą. Zaczęło się niewinnie, bo przeszłam prawie pół roku temu na wegetarianizm, a po chwilowej poprawie samopoczucia nastąpił kryzys, więc udałam się do internisty i przebadałam sobie krew. Po tygodniach diagnoza była postawiona, a ja jestem w trakcie leczenia. Co dalej - okaże się po badaniach na przeciwciała, bo może to być Graves-Basedow, co obciąża mnie już prawdopodobnie do końca życia. Ale cieszę się, że jest już jasne, bo złe samopoczucie męczy mnie już od paru lat, a od kilku miesięcy się mocno nasiliło - zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Byłam przez to także pod opieką psychiatry i uczęszczałam na psychoterapię, więc dziś miałam konsultację psychiatryczną i właściwie już nie mam tam czego szukać, bo zrobiłam spory progres i wiele kwestii się poprawiło. Prawdopodobnie w dużej mierze dzięki lekom na tarczycę, ale ważne, że coś przynosi ulgę. Cierpiałam na ogromne bóle głowy, czasem co drugi dzień byłam wyjęta z życia i kończyło się płaczem z bezradności i wymiotami. Po lekach to wszystko minęło. Jedyne bóle głowy, jakie mam, to takie, jakie każdy miewa w życiu. I chwała lekom za to.
Patrzę pozytywnie na przyszłość, staram się stawiać sobie cele i je realizować. Zakończyłam kolejny rok na uczelni, wakacje poświęcę na odpoczynek (ten semestr mnie strasznie zmęczył razem z problemami zdrowotnymi), a w międzyczasie zajmę się zdawaniem prawa jazdy i będę chciała odłożyć trochę pieniędzy na samochód. Moje plany często wykraczają daleko w przyszłość, więc już zaczęłam nawet wybierać auto, choć jeszcze nie zapisałam się nawet na kurs. Ale nie martwi mnie to, bo wiem, że mam przed sobą wiele do zrobienia i będę do tego dążyć. Dużo lepsze uczucie niż popadanie w marazm i obliczanie godzin snu, jakie zostały.
Nadal mam wiele pracy przed sobą. Depresja i wszystkie objawy pochodne mogą jeszcze wrócić, bo to nie pierwszy raz, ale jestem dobrej myśli. Wiem, że da się to przetrwać i być sobą. Życie nie rzuca mi już kłód pod nogi, a wyzwania, które chętnie pokonam, a nie tylko ominę. Czuję, że mam wsparcie i nie tylko u faceta czy u matki, ale także u nowej osoby, która zjawiła się w moim życiu. Nigdy nie byłam dobra w bawienie się w przyjaźnie, ale teraz chyba dojrzałam do tej roli i jest mi z tym dobrze. Nie wiem, jak długo ta relacja potrwa, bo doświadczenie pokazało mi, że relacje koleżeńskie nie są wieczne, ale nie wiążę z tym obaw. Jest dobrze i chcę się skupić na tej myśli, a nie szukać dziury w całym, jak mam w zwyczaju. Spędzam więcej czasu w kuchni i nie mam już wrażenia, że stoję w miejscu. Jest naprawdę dobrze.
Jeszcze kilka zdjęć z koncertu i pamiątka:
| Einsturzende Neubauten z utworem "Sabrina" |
| Płyta "Silence Is Sexy" |
Ponadto, zrobiłam dobry uczynek, albowiem adoptowałam wirtualnie młodą sarenkę. Co miesiąc wpłacam określoną sumę na jej rzecz i cieszę się, że mogę pomóc. Jeśli ktoś chciałby zrobić taki miły gest, to można adoptować różne zwierzęta wirtualnie na stronie Ośrodka Okresowej Rehabilitacji Zwierząt w Jelonkach. Są też inne fundacje i ośrodki na całym świecie, gdzie można wesprzeć zwierzęta i ludzi. Słyszałam o adopcji słoni, moja ciocia z kolei pomaga w ten sposób chłopcu z Afryki. Mały gest, a może wiele zmienić. Nie trzeba nawet ruszać się z domu. Wystarczy mieć trochę pieniędzy i zjeść jeden obiad w knajpie mniej w miesiącu. To czasem nawet równowartość dwóch paczek papierosów.
Jeszcze kilka zdjęć z ostatnich paru miesięcy:
![]() |
| Plac Zbawiciela |
![]() |
| Zachęta Narodowa Galeria Sztuki |
![]() |
| Burger roślinny w knajpie Roślina |
![]() |
| Ja z kotem faceta |
![]() |
| Naleśnik z camembertem i malinami w Manekinie |
![]() |
| Rysunek wykonany któregoś wieczoru |
![]() |
| Róże na Żoliborzu |
piątek, 1 maja 2015
Co dalej?
Czasem się zastanawiam, jak wyglądałby świat, gdyby mnie nie było. Nie doskwiera mi przebrzmiałe ego, żeby uznawać się za centrum świata i mój upadek jako upadek wszystkiego, natomiast chciałabym wiedzieć, co się stanie, jak mnie zabraknie. Przede wszystkim - czy będę pośmiertnym obserwatorem potencjalnej rozpaczy, jaka ogarnie kilku bliskich ludzi? Kiedyś myślałam, że to niesprawiedliwe, że ma się tylko jedno życie i po nim niczego nie ma. Jako osoba niewierząca nie jestem w stanie uwierzyć w życie pozagrobowe, jednak chciałam kiedyś się mylić. Teraz chyba mam inne zdanie na ten temat i wcale nie chciałabym mieć niczego po dniu ostatecznym. Co najwyżej zamienić się w nowe życie przez reinkarnację.
Rozumiem ludzi, którzy nie boją się śmierci. Nie mówię o samym umieraniu, szczególnie tym bolesnym i długim, ale o tym, co będzie już po wszystkim. Wierzę w to, że nie będzie niczego. A tego nie ma sensu się bać. Moje samopoczucie bywa tak tragiczne, że miewam ochotę przestać walczyć.
Na dzień dzisiejszy jednak bardziej martwi mnie moja przyszłość najbliższa. Czas po studiach, kiedy chciałabym się uniezależnić od nikogo, jednak boję się, że to niemożliwe. Zawsze jest się od kogoś zależnym, a w naszym kraju bez partnera nawet ciężko o zdolność kredytową na małe mieszkanie. I co to za niezależność, kiedy jedyną szansą na wyprowadzkę od rodziców jest związanie się z kimś innym na długie lata, a nawet na zawsze? Chyba nawet nie wierzę w to, że ktokolwiek chciałby ze mną dokonać takich zobowiązań. Wszak nic tak nie łączy ludzi jak kredyt. Boję się, że będę do końca życia mieszkać z mamą (do końca jej życia, nawiasem). Kocham ją, ale nie wyobrażam sobie tego. Chciałabym się wyprowadzić, mieć swoje mieszkanie, zabrać kota i uwić sobie małe gniazdko. Czuję, że nie mam nic swojego na tym świecie i to mnie męczy.
Kolejny raz zastanawia mnie, czy człowiek biorąc leki staje się sobą i ten sztuczny marazm odchodzi w zapomnienie, czy to właśnie ten marazm jest prawdziwy, a leki tylko go maskują? To pytanie wydaje mi się kluczowe w ustaleniu tego, kim jesteśmy.
Rozumiem ludzi, którzy nie boją się śmierci. Nie mówię o samym umieraniu, szczególnie tym bolesnym i długim, ale o tym, co będzie już po wszystkim. Wierzę w to, że nie będzie niczego. A tego nie ma sensu się bać. Moje samopoczucie bywa tak tragiczne, że miewam ochotę przestać walczyć.
Na dzień dzisiejszy jednak bardziej martwi mnie moja przyszłość najbliższa. Czas po studiach, kiedy chciałabym się uniezależnić od nikogo, jednak boję się, że to niemożliwe. Zawsze jest się od kogoś zależnym, a w naszym kraju bez partnera nawet ciężko o zdolność kredytową na małe mieszkanie. I co to za niezależność, kiedy jedyną szansą na wyprowadzkę od rodziców jest związanie się z kimś innym na długie lata, a nawet na zawsze? Chyba nawet nie wierzę w to, że ktokolwiek chciałby ze mną dokonać takich zobowiązań. Wszak nic tak nie łączy ludzi jak kredyt. Boję się, że będę do końca życia mieszkać z mamą (do końca jej życia, nawiasem). Kocham ją, ale nie wyobrażam sobie tego. Chciałabym się wyprowadzić, mieć swoje mieszkanie, zabrać kota i uwić sobie małe gniazdko. Czuję, że nie mam nic swojego na tym świecie i to mnie męczy.
Kolejny raz zastanawia mnie, czy człowiek biorąc leki staje się sobą i ten sztuczny marazm odchodzi w zapomnienie, czy to właśnie ten marazm jest prawdziwy, a leki tylko go maskują? To pytanie wydaje mi się kluczowe w ustaleniu tego, kim jesteśmy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














