środa, 26 lutego 2014

''Gotowanie'' i fotografowanie.

Od dłuższego czasu mój aparat się kurzył, a że miałam sposobność kupić nowy obiektyw po bardzo okazyjnej cenie i zrobiłam to bez zastanowienia, trzeba było wypróbować sprzęt. Wcześniej jednak postanowiłyśmy z koleżanką wypróbować przepis na domowe Bounty (można go znaleźć tutaj).

Przepis banalnie prosty, bo jedyne, czego nam potrzeba, to wiórki kokosowe, mleko skondensowane i opcjonalnie czekolada, choć maczanie kulek w niej okazało się trudniejsze, niż początkowo sądziłyśmy. Niemniej jednak, wyszły pysznie i smaczniejsze nawet niż oryginały.


Dziś jednak postanowiłam wyruszyć z lustrzanką i sprawdzić, czy będzie odpowiadać moim oczekiwaniom i jestem bardzo zadowolona. Miałam drobne problemy z przesłoną, co udało mi się dopiero ogarnąć po powrocie do domu, ale i tak jest bardziej niż w porządku.



Jutro wracam po feriach na zajęcia na studia i czeka mnie trochę roboty, ale mam nadzieję, że znajdę więcej czasu na pielęgnowanie swoich zainteresowań i zacznę skupiać się nad tym, a nie na bolączkach, których ostatnio mi pod dostatkiem. Nie mam pracy w najbliższym czasie, więc może się uda.

No i wierny pomocnik w gotowaniu na koniec:


piątek, 27 grudnia 2013

Podsumowanie roku i trochę o świętach.

Bardzo dawno mnie tu nie było. Trochę zapomniałam o tym miejscu, a ponieważ zbliża się koniec roku kalendarzowego, chciałam zrobić małe podsumowanie i powspominać.

Pierwszy trymestr był koszmarny i nijaki - zima, nieróbstwo, marazm, powolne uświadomienie sobie, że niedługo matura i wypadałoby wziąć się do roboty. Dopiero pod jego koniec się zabrałam za naukę jako-tako. Potem w końcu nadszedł czas egzaminów i muszę przyznać, że było to dla mnie mocno stresujące i czułam presję, że muszę zdać, bo to ostatnia szansa. W szkole myślałam, że nie wyrobię, że ucieknę i nie napiszę, bo nie dam rady tam wytrzymać, ale udało się, zarówno napisać, jak i ostatecznie zdać, o czym dowiedziałam się w czerwcu. Wyniki nie były najlepsze, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia już, bo cieszyłam się, że mam to z głowy, raz na zawsze.

Początek wakacji był nudny, dopóki nie pojawił się w naszym domu mój pierwszy kot - sphynx kanadyjski. Nigdy wcześniej nie miałam kota, w dodatku tak łysego i dziwnego. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia w tym małym szczurze. Wszystkim sceptykom serdecznie polecam, bo niesamowicie przyjazna i wierna rasa. W międzyczasie straciłam całkowicie kontakt z bliską koleżanką, którą znam odkąd poszłyśmy do podstawówki. Nie odzywa się od czerwca i do tej pory nie wiem, z jakiego powodu, ale zrezygnowałam z dalszych prób kontaktu, gdy nie odpisywała nawet na prośby o potwierdzenie, czy wszystko z nią w porządku. Z braku laku w sierpniu udało mi się złapać pracę, dość przypadkowo, ale do dziś ją mam. Nic wielkiego, bo sprzedaję alkohol w sklepie raz na parę dni, ale zawsze coś. Mam miłą szefową i elastyczne godziny pracy, więc mogę godzić ją ze studiami, na które się dostałam i od października uczęszczam. Udało mi się zrealizować plan sprzed paru lat i, za kolejnych kilka, będę psychologiem klinicznym. Podoba mi się na studiach. Pierwsza sesja przede mną.

Nadal jestem z moim chłopakiem i mam nadzieję, że prędko się to nie zmieni. Różnie między nami bywało, ale myślę, że jest lepiej, niż gorzej. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu, ale tutaj lepiej już raczej nie będzie. Nie żałuję. Nie ma czego. W domu chaos i w tym miesiącu działo się naprawdę sporo, bo o mały włos nie rozpadła nam się rodzina, a mamy nowego domownika - szczeniaka. Zrobił mi się mały zwierzyniec i czasem można zwariować.

Psychicznie czuję się dużo lepiej. Nie ma we mnie aż tyle strachu i stresu, mogę zrobić dużo więcej i dać więcej od siebie innym. Długa droga jeszcze przede mną, by wszystko poukładać, wrócić do normalnego życia i przestać być aspołeczną, ale najgorsze już chyba za mną. Powoli odzyskuję równowagę.

Święta były bardziej rodzinne, niż gdy spędzaliśmy je we trójkę w domowym zaciszu rok temu i brakowało mi wtedy większego grona, wystawnego stołu, kolęd i całej tej świątecznej otoczki. Nie sądziłam, że będę tęsknić za tą nudą przy stole i uczuciem pełnego żołądka, więc w tym roku szczerze nie mogłam doczekać się Wigilii.

Wszystko powoli wraca do normy. Ten rok był zdecydowanie lepszy i oby następny był jeszcze lepszy.





P.S. Dostałam komiks o Egonie Schiele prosto od ciotki z Niemiec. Najlepszy moment, by nauczyć się niemieckiego.

wtorek, 14 maja 2013

Krótki powrót.


Człowiek jest wspaniałym psychologiem , obserwatorem i sprzedawcą nadziei, w którą sam nie potrafi uwierzyć, pomimo szczerości własnych słów. Wiara jest tak kruchą rzeczą, a elementarną, wydawałoby się, by móc przeżyć, szczególnie wiara w sens ludzkiego istnienia.  Jeśli życiem rządzi przypadek, to nieistotne są nasze pragnienia i działania, tak jak w kwestii przeznaczenia, na które nie ma się wpływu. Jeśli zaś jesteśmy kowalami swego losu, to wszystko jest możliwe, a przynajmniej tak się zakłada, by wierzyć, że coś na tym świecie jesteśmy w stanie zmienić. To właściwie jest bez znaczenia. Nie ma hedonizmu pozwalającego utrzymać chęć istnienia.
Podobno każda osoba jest jak plastelina, którą od najmłodszych lat formuje się, starając się stworzyć najodpowiedniejszy kształt, najczystszą i najlepszą formę, aż w końcu plastelina ta zastyga i twardnieje, a razem z nią przypadkiem zrobione rysy, otarcia i defekty. Ogromną część mnie stanowią wady, tworząc osobowość i moje ,,ja’’. Nie da się odciąć od nich, nie przestając być sobą. Nie wiem tylko, czy chcę sobą być i czy chcę być w ogóle, czy to tylko strach.

Nie wiem nawet, kiedy napisałam te słowa, ale znalazłam je w swoim komputerze, szukając czegoś zupełnie innego i myślę, że są warte przemyślenia. Dawno mnie tutaj nie było. Być może nie miałam nic ciekawego do przekazania, a tak właściwie to trochę zapomniałam o tym miejscu, choć wiem, że część z Was o mnie pamiętała, co jest bardzo miłe. Co u mnie słychać? Niektóre rzeczy są po staremu - wieczna sinusoida wzlotów i upadków (choć ciągle odnoszę wrażenie, że tych drugich jest więcej), roztargnienia, niestabilności emocjonalnej, a jednocześnie czuję, że rodzi się we mnie mały promyk nadziei i rozpala powoli, bardzo powoli moje wnętrze i to mogę zaliczyć do czegoś nowego. Poza tym, jestem w trakcie zdawania egzaminu dojrzałości i powinnam pisać w tym momencie coś zupełnie innego, niż notkę na bloga, więc... to by było na tyle, przynajmniej na razie.

wtorek, 26 lutego 2013

***

Bywają dni, że mogłabym godzinami rozpamiętywać to, co wydarzyło się kiedyś, jak kiedyś było wspaniale, inaczej, lepiej. Bywają też dni, kiedy zmiany w teraźniejszości dobijają tak mocno, że nie chce się nic. Mogłabym godzinami zanudzać każdego, ile straciłam ostatnimi czasy, ile ważnych rzeczy się skończyło, spodziewanie mniej lub bardziej, ile razy uświadomiłam sobie swą naiwność na różnych płaszczyznach i pluć sobie za każdym razem w brodę. Od dawna nie spotkało mnie nic naprawdę dobrego, nic, co pozwoliłoby mi na odrobinę motywacji do działania i nadziei na cokolwiek w przyszłości. Właściwie, to czuję się trochę tak, jakbym straciła już wszystko. Wszystkie szanse, wszystko to, co jakoś udało mi się osiągnąć. Nigdy nie traktowałam rzeczy i stanu jako pewnik, bo życie nauczyło mnie, że sytuacja może zmienić się diametralnie w przeciągu sekundy, pod wpływem drobnostki, czasem nawet bez większego powodu. Niestety już nie wierzę, że rzeczy dzieją się ,,po coś''. Może powinnam zacząć uczyć się na błędach i w końcu otworzyć oczy. Ale nie sądzę, by prędko to nastało.

środa, 16 stycznia 2013

Ch**owo, ale stabilnie.

Moje życie, jak w tytule, i jak wiadomo to już od jakiegoś czasu, jest dosyć mdłe, nijakie, szaro-bure, nudne i, w gruncie rzeczy, nie mam nawet szczególnie o czym pisać, jeśli chodzi o typowo pamiętnikowe sprawy. Część spraw się poprawiło i naprostowało, pracy dalej nie mam i już nie będę chwilowo jej szukać, bo muszę w końcu skupić się na nauce do egzaminów maturalnych, do których zostało szalenie niewiele czasu i myśl o tym mnie przeraża, ale niestety nie napędza do działania (ah, ta prokrastynacja). Chwilowo jest jednak dosyć spokojnie i w końcu przebieg wydarzeń spoczywa na tej górnej sinusoidzie, niemniej muszę wziąć swoje sprawy w swoje ręce, bo, na litość boską, niedługo już całkiem przyrosnę do łóżka albo krzesła.

Udało mi się zmobilizować do przejścia na dietę, bo w ostatnim czasie przybyło mi paru nadprogramowych kilogramów, a obecny tryb odżywiania nie spełniał swojej podstawowej funkcji - odżywiania, zamiast którego jedynie się najadałam. Zaczęłam od początku tego tygodnia, więc jutro będzie dopiero trzeci dzień, ale mam nadzieję, że uda mi się wytrwać dłuższy czas. Staram się jeść lżej, mniej, zdrowiej i mniej kalorycznie. Więcej warzyw i chwytliwych produktów z serii ,,light'', mniej pustych kalorii. I mniej wizyt u babci, bo dzisiejsza nauczyła mnie, że nie wyjdę od niej bez zjedzenia kawałka ciasta, a to dobrze na początek mojej diety nie wpłynie, jeśli będę zbyt często do niej wpadać.

Od jakiegoś czasu przestałam brać leki z sertraliną. Nie do końca był to świadomy i planowany wybór, wcześniej po takich próbach nie byłam w stanie funkcjonować po paru dniach, ale że nie odnoszę większych skutków ubocznych odstawienia niż nadwrażliwość, wieczne rozdrażnienie i lekkie przybicie, toteż postanowiłam wykorzystać ten przypadek i nie brać ich więcej, a przynajmniej przez jakiś czas dać sobie z nimi spokój, dopóki nie jestem pod opieką lekarza. Właściwie czuję się nawet nieco ,,odblokowana'', choć zastanawiam się, czy faktycznie jestem i zawsze byłam tak nerwowa, czy to tylko objaw odstawienny i pewnie przekonam się o tym za jakiś czas, gdy organizm odzwyczai się od sztucznych endorfin. I oby nastąpiło to jak najszybciej, bo te ,,naturalne'' potrafią być baaardzo przyjemne ;)

Za oknem zrobiło się po nowym roku strasznie biało, co właściwie mnie cieszy, bo jesienne widoki w styczniu nie są najbardziej motywujące, a zawsze milej popatrzeć na płatki śniegu za oknem w bezsenną noc, chociaż wolałabym móc zasnąć.

środa, 2 stycznia 2013

Pomyślności.

Czasem pokładamy w coś tak wielkie nadzieje, że tworzymy sobie w głowie ogromną, gorącą bańkę, którą pielęgnujemy z oddaniem wszystkich emocji i całego nakładu serca. Bańka ta krąży i krąży, jest obecna przez całą dobę w naszych myślach i podnosi nas na duchu, ociepla chłód serca i nie daje rozsądkowi dojść do głosu. Przychodzi jednak moment, kiedy bańka pęka, a jej elementy rozbryzgają się na całej naszej twarzy, na całym ciele i duszy, zostawiając piekące i bolesne ślady, o których ciężko zapomnieć. A Ty przyjmujesz tę bańkę, bo to twoja bańka, bo to to, czym żyłeś tak długo. I budujesz kolejną bańkę, która raz na jakiś czas znów Cię parzy, jak meduza swoimi mackami. 


Chciałabym życzyć każdemu mniej naiwności, żeby klapki spadły z waszych oczu i żebyście nie wierzyli w coś, co nie istnieje. Złamane lusterko można skleić, ale nadal zostanie wyraźna rysa. Nie miejcie nadziei, że kiedykolwiek zniknie. bo nie zniknie. Będziecie czekać, czekać, udawać, że nie widzicie tego pęknięcia, aż w końcu zobaczycie je na tyle wyraźnie, że wy sami rozpadniecie się z bólu na pół i już nic nie będzie takie samo. Motyle w brzuchu szybko zamieniają się w gulę w gardle, a im dłużej trwa ta transformacja, tym większa gula się tworzy. Nie traćcie czasu na kogoś, kto nigdy nie odwzajemni tego, co czujesz. Nie czekajcie, aż to minie, a inne dopiero nastąpi. Nie nastąpi, choć trudno w to uwierzyć i to zrozumieć, a jeszcze trudniej się z tym pogodzić. Nie jestem pewna, czy w ogóle można do końca to zaakceptować.





I więcej optymizmu. Mimo wszystko.



środa, 5 grudnia 2012

Tatuaże, a zwierzęta.

Od wielu lat uwielbiam tatuaże i zwierzęta i najchętniej posiadałabym ich tuzin lub więcej, ale jest pewna rzecz, która mnie dziwi, obrzydza i sprawia, że zastanawiam się, czy niektórzy godni są nazywania siebie ludźmi. Znajoma umieściła w internecie tekst o tatuowanych sfinksach (chodzi o te łyse koty, które dla niektórych wyglądają jak duże szczury) i bynajmniej nie chodzi o wzór czy numer hodowli. Kilku właścicieli tych zwierząt wpadło na genialny pomysł ,,ozdobienia'' łysej skóry swojego ukochanego pupila w salonie tatuażu. Jednemu z nich, pochodzącemu z Rosji Timurowi Rimut, tak bardzo spodobał się napis ,,Carpie Diem'' na klatce piersiowej, że postanowił wytatuować go i sobie, i swojemu poddanemu narkozie kotowi. Pierwszy przypadek (notabene również z Rosji) to poddany trzygodzinnej narkozie kot Mickey, któremu wytatuowano, jak na ironię, Tutenchamona. Jego właścicielka, Oksana Popova, twierdzi, że zrobiła to, bo brakowało jej czegoś ,,nowego i świeżego w dzisiejszych czasach''.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że osoby te najwyraźniej zapomniały o tym, że to nie jego skóra i że zwierzę to tak samo czuje ból jak każdy człowiek. Z tą różnicą, że my świadomie decydujemy się na ten bolesny zabieg i na opuchliznę, swędzenie i inne niemiłe sprawy w jego konsekwencji, a kota nikt o zdanie nie pyta. Druga sprawa - każdy człowiek o minimalnym poziomie inteligencji zdaje sobie (a przynajmniej powinien) sprawę z tego, jakie zagrożenie stanowi stosowanie narkozy dla organizmu i że nie należy jej stosować bez potrzeby. Pora więc zastanowić się, gdzie zaczyna się rola opieki i współżycia ze zwierzęciem i gdzie kończy, a gdzie zaczyna głupota i brak odpowiedzialności. 

Żeby nie zalatywało hipokryzją dodam, że nie podoba mi się również trenowanie swoich umiejętności manualnych na innych zwierzętach, a przeważnie robi się to na świniach. Nie wydaje mi się, by narażanie jakiejkolwiek istoty na niepotrzebne cierpienie było konieczne, a tym bardziej dla własnego widzimisię i fanaberii. Tatuaż to hobby, sztuka, rozrywka, a nie coś, co jest absolutnie niezbędne człowiekowi do życia, więc zauważmy różnicę między koniecznością, a złym wyborem. Nie możemy traktować innych istot jak króliki doświadczalne lub lalki, z którymi możemy robić wszystko, a one nadal będą patrzeć na nas ze swoim plastikowym permanentnym uśmiechem. Jestem zdecydowanie przeciwna zabawom tego typu i trzymam kciuki za to, by wspomniany powyżej ,,artysta'' i inni ludzie jego pokroju nie mieli już nigdy żadnego klienta (w szczególności czworonożnego). 



Źródła i więcej informacji tu i tu.