wtorek, 8 kwietnia 2014

Mózg i coś dla ciała.

W końcu zrobiło się ciepło, więc postanowiłam ruszyć tyłek i zarejestrowałam się na Veturilo w zeszłym tygodniu. Mój rower ma już swoje lata, dostałam go jeszcze na komunię i swoje przecierpiał. Przyznam, że nigdy o niego też nie dbałam, więc trochę rdzy się zebrało, a opony i łańcuch wołają o pomoc (nigdy ich nie zmieniałam, a biednego łańcucha nawet nie smarowałam). Doszłam do wniosku, że jest to przyczyną kiepskiego komfortu jazdy, choć jazdą nawet tego nazwać nie można, bo zwyczajnie się na nim wlekę. Szybko też zaczynają boleć mnie łydki. W piątek wyciągnęłam chłopaka i przetestowałam ich rowery, mając nadzieję, że będą wygodniejsze i będzie mi się na nich sprawniej jeździło. Zrobiliśmy 10 kilometrów z Młocin w stronę Kępy Potockiej i z powrotem przez plac Wilsona i odkryłam niestety, że to nie mój rower powoduje wleczenie się, a mój całkowity brak kondycji. Muszę jednak przyznać, że jechało się wygodniej i nogi mnie nie bolały, więc coraz bardziej skłaniam się, by kupić nowy i najchętniej holenderkę, bo Veturilo na dłuższą metę tanie nie jest, choć to świetna alternatywa, gdy nagle potrzebuje się skorzystać z jednośladowca albo najdzie ochota na spontaniczną przejażdżkę.

Dzisiaj natomiast byłam w swoim osiedlowym sklepie i odkryłam w daniach gotowych kremy z warzyw. Kupiłam na próbę krem o wdzięcznej nazwie Pan Brokuł i... było pysznie. Smakuje jak domowy (a przynajmniej tak sądzę, bo nie miałam okazji robić nigdy kremów w domu i zawsze jadałam gotowe z cateringów przy różnych okazjach), jest sycący i przede wszystkim nie ma konserwantów i żadnej przysłowiowej chemii, więc brzmi całkiem zdrowo W składzie można znaleźć wodę, brokuł 33%, cebulę, ziemniaki, szpinak 4%, pietruszkę, selera, por, zagęszczony sok z limonki, czosnek, masło, olej roślinny, pieprz biały i sól, a tak przynajmniej twierdzi etykieta.


W środę mam dwa egzaminy, więc pora zająć się mózgiem w przenośni i dosłownie, bo neuroanatomia i psychologia osobowości czekają. 

sobota, 8 marca 2014

8 marca - w kuchni i z Joy Division od środka.

Dzień kobiet, wiosna za pasem, roboty od groma i nauki przede mną jeszcze więcej. Przygotowałam dzisiaj na obiad papryki faszerowane w dwóch wersjach - pierwsze klasycznie z mięsem i ryżem, drugie w wersji wegetariańskiej z brokułami i fetą. Przepis jest banalnie prosty, więc gdyby ktoś jeszcze nie znał, a chciał wypróbować...

...to na porcję dla 4 osób będziemy potrzebować:
4 papryk czerwonych
2 torebki ryżu
1/2 kilo mięsa mielonego (rodzaj wedle uznania, ja wzięłam wieprzowo-wołowe)
sera żółtego
sosu pomidorowego
brokułu
sera feta 

Wersja mięsno-ryżowa:
1. Wstawiamy ryż na wrzątek i w międzyczasie smażymy mięso w garnku (bez żadnego oleju, tłuszcz sam się wytopi z mięsa, więc jest zbędne dodawanie czegokolwiek), solimy je i pieprzymy i tak dopóki się całość dokładnie nie usmaży. Mieszamy ugotowany ryż razem z mięsem. 
2. Ścieramy ser żółty na drobnej tarce.
3. Myjemy papryki, kroimy je na pół i wydłubujemy pestki i zbędne białe błony i wypełniamy środek farszem mięsno-ryżowym. 
4. Posypujemy serem z wierzchu.
5. Wstawiamy do piekarnika na parę minut na 150° (można spróbować na większą i czekać, aż papryki zrobią się ciepłe). W międzyczasie podgrzewamy sos pomidorowy.
6. Po wyjęciu z piekarnika polewamy wierzch sosem.

Wersja wegetariańska:
1. Gotujemy wodę w garnku aż do wrzenia i parzymy w niej przez chwilę wcześniej umyty brokuł. Robi się dzięki temu miękki i dodatkowo mamy większą gwarancję, że żadne niefajne robaczki nie znajdą się na naszym talerzu.
2. Myjemy papryki, kroimy je na pół i wydłubujemy pestki i zbędne białe błony.
3. Kroimy na drobno brokuł i ser feta i wypełniamy papryki w proporcjach wedle uznania.
4. Wstawiamy do piekarnika na max. 10 minut na 150° (można spróbować na większą i trzymać krócej, ale ja chciałam, by feta fajnie się zagrzała).

Jak widać, nie jest to bardzo skomplikowane i pewnie każdy z was znał wcześniej ten przepis. Ja osobiście pierwszy raz jadłam wersję z brokułem. Polecam też zrobić misz-masz i najpierw nafaszerować mięso z ryżem, a potem dodać na górę brokuł i fetę.


Dołączam też zdjęcie prezentu od ukochanego, bo w końcu data zobowiązuje. Książka Petera Hooka ''Joy Division od środka. Nieznane przyjemności'' (pomijając nietrafione tłumaczenie ''Uknown Pleasures'', które uważam za niepotrzebne) to ''historia Joy Division, opowiedziana przez legendarnego basistę grupy. Jej członkowie zostali pionierami współczesnej muzyki alternatywnej i stworzyli własną definicję rocka ery post-punku. Ich brzmienie - mroczne  i hipnotyczne - inspirowało wielu wybitnych artystów. Wizerunek sceniczny muzyków, niegdyś uważany za tajemniczy i niszowy, naśladują dziś rzesze młodych ludzi na całym świecie. Peter Hook, zafascynowany ruchem punkowym, oraz jego szkolny przyjaciel, Bernard Sumner, powołali zespół, do którego którego weszli utalentowany wokalista i autor tekstów Ian Curtis oraz genialny perkusista Stephen Morris. Tych czterech młodych gości wyruszyło w trasę rozklekotanym vanem i oczarowało słuchaczy w całej Wielkiej Brytanii. W 1980 roku zespół doczekał się dwóch albumów studyjnych i zamierzał podbić USA. Tragiczna śmierć Iana Curtisa zniweczyła te plany i pozostawiła głęboki ślad w sercach członków Joy Division. Hook rzuca nowe światło na samobójstwo Curtisa. Z ujmującą szczerością opowiada o przyjaźni, która łączyła członków zespołu. Wspomina także o trudnych momentach w historii Joy Division i opisuje proces, który doprowadził do zakończenia współpracy jego członków''.* Od lat jestem wielką fanką ich krótkiej, niestety, twórczości, więc po lekturze książki Deborah Curtis chętnie zapoznam się z punktem widzenia Hooka. Chwilowo więc mogę jedynie narzekać na brak czasu na wszystkie przyjemności i zbyt dużą ilość książek na liście do przeczytania. :)



* opis książki wzięty stąd.

środa, 26 lutego 2014

''Gotowanie'' i fotografowanie.

Od dłuższego czasu mój aparat się kurzył, a że miałam sposobność kupić nowy obiektyw po bardzo okazyjnej cenie i zrobiłam to bez zastanowienia, trzeba było wypróbować sprzęt. Wcześniej jednak postanowiłyśmy z koleżanką wypróbować przepis na domowe Bounty (można go znaleźć tutaj).

Przepis banalnie prosty, bo jedyne, czego nam potrzeba, to wiórki kokosowe, mleko skondensowane i opcjonalnie czekolada, choć maczanie kulek w niej okazało się trudniejsze, niż początkowo sądziłyśmy. Niemniej jednak, wyszły pysznie i smaczniejsze nawet niż oryginały.


Dziś jednak postanowiłam wyruszyć z lustrzanką i sprawdzić, czy będzie odpowiadać moim oczekiwaniom i jestem bardzo zadowolona. Miałam drobne problemy z przesłoną, co udało mi się dopiero ogarnąć po powrocie do domu, ale i tak jest bardziej niż w porządku.



Jutro wracam po feriach na zajęcia na studia i czeka mnie trochę roboty, ale mam nadzieję, że znajdę więcej czasu na pielęgnowanie swoich zainteresowań i zacznę skupiać się nad tym, a nie na bolączkach, których ostatnio mi pod dostatkiem. Nie mam pracy w najbliższym czasie, więc może się uda.

No i wierny pomocnik w gotowaniu na koniec:


piątek, 27 grudnia 2013

Podsumowanie roku i trochę o świętach.

Bardzo dawno mnie tu nie było. Trochę zapomniałam o tym miejscu, a ponieważ zbliża się koniec roku kalendarzowego, chciałam zrobić małe podsumowanie i powspominać.

Pierwszy trymestr był koszmarny i nijaki - zima, nieróbstwo, marazm, powolne uświadomienie sobie, że niedługo matura i wypadałoby wziąć się do roboty. Dopiero pod jego koniec się zabrałam za naukę jako-tako. Potem w końcu nadszedł czas egzaminów i muszę przyznać, że było to dla mnie mocno stresujące i czułam presję, że muszę zdać, bo to ostatnia szansa. W szkole myślałam, że nie wyrobię, że ucieknę i nie napiszę, bo nie dam rady tam wytrzymać, ale udało się, zarówno napisać, jak i ostatecznie zdać, o czym dowiedziałam się w czerwcu. Wyniki nie były najlepsze, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia już, bo cieszyłam się, że mam to z głowy, raz na zawsze.

Początek wakacji był nudny, dopóki nie pojawił się w naszym domu mój pierwszy kot - sphynx kanadyjski. Nigdy wcześniej nie miałam kota, w dodatku tak łysego i dziwnego. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia w tym małym szczurze. Wszystkim sceptykom serdecznie polecam, bo niesamowicie przyjazna i wierna rasa. W międzyczasie straciłam całkowicie kontakt z bliską koleżanką, którą znam odkąd poszłyśmy do podstawówki. Nie odzywa się od czerwca i do tej pory nie wiem, z jakiego powodu, ale zrezygnowałam z dalszych prób kontaktu, gdy nie odpisywała nawet na prośby o potwierdzenie, czy wszystko z nią w porządku. Z braku laku w sierpniu udało mi się złapać pracę, dość przypadkowo, ale do dziś ją mam. Nic wielkiego, bo sprzedaję alkohol w sklepie raz na parę dni, ale zawsze coś. Mam miłą szefową i elastyczne godziny pracy, więc mogę godzić ją ze studiami, na które się dostałam i od października uczęszczam. Udało mi się zrealizować plan sprzed paru lat i, za kolejnych kilka, będę psychologiem klinicznym. Podoba mi się na studiach. Pierwsza sesja przede mną.

Nadal jestem z moim chłopakiem i mam nadzieję, że prędko się to nie zmieni. Różnie między nami bywało, ale myślę, że jest lepiej, niż gorzej. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu, ale tutaj lepiej już raczej nie będzie. Nie żałuję. Nie ma czego. W domu chaos i w tym miesiącu działo się naprawdę sporo, bo o mały włos nie rozpadła nam się rodzina, a mamy nowego domownika - szczeniaka. Zrobił mi się mały zwierzyniec i czasem można zwariować.

Psychicznie czuję się dużo lepiej. Nie ma we mnie aż tyle strachu i stresu, mogę zrobić dużo więcej i dać więcej od siebie innym. Długa droga jeszcze przede mną, by wszystko poukładać, wrócić do normalnego życia i przestać być aspołeczną, ale najgorsze już chyba za mną. Powoli odzyskuję równowagę.

Święta były bardziej rodzinne, niż gdy spędzaliśmy je we trójkę w domowym zaciszu rok temu i brakowało mi wtedy większego grona, wystawnego stołu, kolęd i całej tej świątecznej otoczki. Nie sądziłam, że będę tęsknić za tą nudą przy stole i uczuciem pełnego żołądka, więc w tym roku szczerze nie mogłam doczekać się Wigilii.

Wszystko powoli wraca do normy. Ten rok był zdecydowanie lepszy i oby następny był jeszcze lepszy.





P.S. Dostałam komiks o Egonie Schiele prosto od ciotki z Niemiec. Najlepszy moment, by nauczyć się niemieckiego.

wtorek, 14 maja 2013

Krótki powrót.


Człowiek jest wspaniałym psychologiem , obserwatorem i sprzedawcą nadziei, w którą sam nie potrafi uwierzyć, pomimo szczerości własnych słów. Wiara jest tak kruchą rzeczą, a elementarną, wydawałoby się, by móc przeżyć, szczególnie wiara w sens ludzkiego istnienia.  Jeśli życiem rządzi przypadek, to nieistotne są nasze pragnienia i działania, tak jak w kwestii przeznaczenia, na które nie ma się wpływu. Jeśli zaś jesteśmy kowalami swego losu, to wszystko jest możliwe, a przynajmniej tak się zakłada, by wierzyć, że coś na tym świecie jesteśmy w stanie zmienić. To właściwie jest bez znaczenia. Nie ma hedonizmu pozwalającego utrzymać chęć istnienia.
Podobno każda osoba jest jak plastelina, którą od najmłodszych lat formuje się, starając się stworzyć najodpowiedniejszy kształt, najczystszą i najlepszą formę, aż w końcu plastelina ta zastyga i twardnieje, a razem z nią przypadkiem zrobione rysy, otarcia i defekty. Ogromną część mnie stanowią wady, tworząc osobowość i moje ,,ja’’. Nie da się odciąć od nich, nie przestając być sobą. Nie wiem tylko, czy chcę sobą być i czy chcę być w ogóle, czy to tylko strach.

Nie wiem nawet, kiedy napisałam te słowa, ale znalazłam je w swoim komputerze, szukając czegoś zupełnie innego i myślę, że są warte przemyślenia. Dawno mnie tutaj nie było. Być może nie miałam nic ciekawego do przekazania, a tak właściwie to trochę zapomniałam o tym miejscu, choć wiem, że część z Was o mnie pamiętała, co jest bardzo miłe. Co u mnie słychać? Niektóre rzeczy są po staremu - wieczna sinusoida wzlotów i upadków (choć ciągle odnoszę wrażenie, że tych drugich jest więcej), roztargnienia, niestabilności emocjonalnej, a jednocześnie czuję, że rodzi się we mnie mały promyk nadziei i rozpala powoli, bardzo powoli moje wnętrze i to mogę zaliczyć do czegoś nowego. Poza tym, jestem w trakcie zdawania egzaminu dojrzałości i powinnam pisać w tym momencie coś zupełnie innego, niż notkę na bloga, więc... to by było na tyle, przynajmniej na razie.

wtorek, 26 lutego 2013

***

Bywają dni, że mogłabym godzinami rozpamiętywać to, co wydarzyło się kiedyś, jak kiedyś było wspaniale, inaczej, lepiej. Bywają też dni, kiedy zmiany w teraźniejszości dobijają tak mocno, że nie chce się nic. Mogłabym godzinami zanudzać każdego, ile straciłam ostatnimi czasy, ile ważnych rzeczy się skończyło, spodziewanie mniej lub bardziej, ile razy uświadomiłam sobie swą naiwność na różnych płaszczyznach i pluć sobie za każdym razem w brodę. Od dawna nie spotkało mnie nic naprawdę dobrego, nic, co pozwoliłoby mi na odrobinę motywacji do działania i nadziei na cokolwiek w przyszłości. Właściwie, to czuję się trochę tak, jakbym straciła już wszystko. Wszystkie szanse, wszystko to, co jakoś udało mi się osiągnąć. Nigdy nie traktowałam rzeczy i stanu jako pewnik, bo życie nauczyło mnie, że sytuacja może zmienić się diametralnie w przeciągu sekundy, pod wpływem drobnostki, czasem nawet bez większego powodu. Niestety już nie wierzę, że rzeczy dzieją się ,,po coś''. Może powinnam zacząć uczyć się na błędach i w końcu otworzyć oczy. Ale nie sądzę, by prędko to nastało.

środa, 16 stycznia 2013

Ch**owo, ale stabilnie.

Moje życie, jak w tytule, i jak wiadomo to już od jakiegoś czasu, jest dosyć mdłe, nijakie, szaro-bure, nudne i, w gruncie rzeczy, nie mam nawet szczególnie o czym pisać, jeśli chodzi o typowo pamiętnikowe sprawy. Część spraw się poprawiło i naprostowało, pracy dalej nie mam i już nie będę chwilowo jej szukać, bo muszę w końcu skupić się na nauce do egzaminów maturalnych, do których zostało szalenie niewiele czasu i myśl o tym mnie przeraża, ale niestety nie napędza do działania (ah, ta prokrastynacja). Chwilowo jest jednak dosyć spokojnie i w końcu przebieg wydarzeń spoczywa na tej górnej sinusoidzie, niemniej muszę wziąć swoje sprawy w swoje ręce, bo, na litość boską, niedługo już całkiem przyrosnę do łóżka albo krzesła.

Udało mi się zmobilizować do przejścia na dietę, bo w ostatnim czasie przybyło mi paru nadprogramowych kilogramów, a obecny tryb odżywiania nie spełniał swojej podstawowej funkcji - odżywiania, zamiast którego jedynie się najadałam. Zaczęłam od początku tego tygodnia, więc jutro będzie dopiero trzeci dzień, ale mam nadzieję, że uda mi się wytrwać dłuższy czas. Staram się jeść lżej, mniej, zdrowiej i mniej kalorycznie. Więcej warzyw i chwytliwych produktów z serii ,,light'', mniej pustych kalorii. I mniej wizyt u babci, bo dzisiejsza nauczyła mnie, że nie wyjdę od niej bez zjedzenia kawałka ciasta, a to dobrze na początek mojej diety nie wpłynie, jeśli będę zbyt często do niej wpadać.

Od jakiegoś czasu przestałam brać leki z sertraliną. Nie do końca był to świadomy i planowany wybór, wcześniej po takich próbach nie byłam w stanie funkcjonować po paru dniach, ale że nie odnoszę większych skutków ubocznych odstawienia niż nadwrażliwość, wieczne rozdrażnienie i lekkie przybicie, toteż postanowiłam wykorzystać ten przypadek i nie brać ich więcej, a przynajmniej przez jakiś czas dać sobie z nimi spokój, dopóki nie jestem pod opieką lekarza. Właściwie czuję się nawet nieco ,,odblokowana'', choć zastanawiam się, czy faktycznie jestem i zawsze byłam tak nerwowa, czy to tylko objaw odstawienny i pewnie przekonam się o tym za jakiś czas, gdy organizm odzwyczai się od sztucznych endorfin. I oby nastąpiło to jak najszybciej, bo te ,,naturalne'' potrafią być baaardzo przyjemne ;)

Za oknem zrobiło się po nowym roku strasznie biało, co właściwie mnie cieszy, bo jesienne widoki w styczniu nie są najbardziej motywujące, a zawsze milej popatrzeć na płatki śniegu za oknem w bezsenną noc, chociaż wolałabym móc zasnąć.