Czasem się zastanawiam, jak wyglądałby świat, gdyby mnie nie było. Nie doskwiera mi przebrzmiałe ego, żeby uznawać się za centrum świata i mój upadek jako upadek wszystkiego, natomiast chciałabym wiedzieć, co się stanie, jak mnie zabraknie. Przede wszystkim - czy będę pośmiertnym obserwatorem potencjalnej rozpaczy, jaka ogarnie kilku bliskich ludzi? Kiedyś myślałam, że to niesprawiedliwe, że ma się tylko jedno życie i po nim niczego nie ma. Jako osoba niewierząca nie jestem w stanie uwierzyć w życie pozagrobowe, jednak chciałam kiedyś się mylić. Teraz chyba mam inne zdanie na ten temat i wcale nie chciałabym mieć niczego po dniu ostatecznym. Co najwyżej zamienić się w nowe życie przez reinkarnację.
Rozumiem ludzi, którzy nie boją się śmierci. Nie mówię o samym umieraniu, szczególnie tym bolesnym i długim, ale o tym, co będzie już po wszystkim. Wierzę w to, że nie będzie niczego. A tego nie ma sensu się bać. Moje samopoczucie bywa tak tragiczne, że miewam ochotę przestać walczyć.
Na dzień dzisiejszy jednak bardziej martwi mnie moja przyszłość najbliższa. Czas po studiach, kiedy chciałabym się uniezależnić od nikogo, jednak boję się, że to niemożliwe. Zawsze jest się od kogoś zależnym, a w naszym kraju bez partnera nawet ciężko o zdolność kredytową na małe mieszkanie. I co to za niezależność, kiedy jedyną szansą na wyprowadzkę od rodziców jest związanie się z kimś innym na długie lata, a nawet na zawsze? Chyba nawet nie wierzę w to, że ktokolwiek chciałby ze mną dokonać takich zobowiązań. Wszak nic tak nie łączy ludzi jak kredyt. Boję się, że będę do końca życia mieszkać z mamą (do końca jej życia, nawiasem). Kocham ją, ale nie wyobrażam sobie tego. Chciałabym się wyprowadzić, mieć swoje mieszkanie, zabrać kota i uwić sobie małe gniazdko. Czuję, że nie mam nic swojego na tym świecie i to mnie męczy.
Kolejny raz zastanawia mnie, czy człowiek biorąc leki staje się sobą i ten sztuczny marazm odchodzi w zapomnienie, czy to właśnie ten marazm jest prawdziwy, a leki tylko go maskują? To pytanie wydaje mi się kluczowe w ustaleniu tego, kim jesteśmy.
piątek, 1 maja 2015
wtorek, 17 lutego 2015
Najgorszy człowiek na świecie.
Dawno nie czytałam żadnej książki, a już na pewno nie takiej, która by mnie poruszyła. Nie było to poruszenie typu wzruszenie ze łzami w oczach jak po ostatnim odcinku Grey's Anatomy, ale porównywalne z odniesieniem treści do siebie samej. Choć alkoholu nie piję i innych używek również nie stosuję, to jednak coś we mnie drgnęło. Ta pustka. Pustka, o której Małgorzata Halber pisze, jak bardzo jej doskwiera i jak bardzo zniszczyła jej życie, które nadrabiała sięgając po alkohol. I to prawda, że każdy ma swoją pustkę, którą każdego dnia wypełnia na własny sposób. Narkotyki, seks, internet, hazard, zakupy, diety, sport, nadmierne kontakty towarzyskie (bo i owszem, zbyt natrętne chodzenie na kawkę też może oznaczać coś niedobrego). Bo najgorzej jest wtedy, gdy człowiek musi zostać sam ze swoimi myślami, albo, co gorsza, z emocjami, których nie chce do siebie dopuścić. Ile razy włączasz radio albo telewizję, żeby nie słyszeć szumu ciszy odbijającej się od ścian. Ile razy sięgasz po czekoladę albo kanapkę, bo akurat nie masz co robić, więc to dobry moment na zajedzenie pustki. Ile razy siedzisz na idiotycznym forum i czytasz posty tych głupich lasek, które zadają tak idiotyczne pytania, że łapiesz się za głowę i myślisz, skąd tacy ludzie się w ogóle biorą i że Ty taki nie jesteś. I być może nawet masz rację, że taki nie jesteś, bo jesteś inny. Ale to Ty czytasz z pogardą o cudzym życiu i to Ty cieszysz się cudzym nieszczęściem albo niepowodzeniem. To taka ludzka tendencja do porównywania się, bo trzeba mieć kontekst. Ale w tym kontekście nie ma większego sensu, bo zawsze będą mądrzejsi od nas, chudsi od nas, wyżsi od nas, bardziej elokwentni, odnoszący większe sukcesy i zarabiający więcej kasy, przez co stać ich na lepsze samochody, lepsze mieszkania z dizajnerskimi meblami i wystawne imprezy w modnych ciuchach. A to wszystko nie ma większego znaczenia, kiedy Twoje życie i tak wypełnia pustka. Choćbyś kupił najfajniejszy ciuch w sklepie, to i tak rzucisz go niebawem w kąt, bo nie masz dokąd w nim pójść. I wcale już tak nie cieszy.
Nie wiem, czy jestem najgorszym człowiekiem na świecie, ale z pewnością wielokrotnie tak się czułam. Wiem też, że nie chcę nim być. Nie wiem jednak nadal, czego tak naprawdę chcę i czego potrzebuję. Uświadomiłam sobie, że też mam pustkę, którą próbuję wypełnić na różne sposoby, ale to nie działa albo działa tymczasowo, a mnie półśrodki nie interesują. Albo na sto procent, albo wcale, bo inaczej nie będzie satysfakcji. Tylko czemu?
Uświadomiłam sobie też, że jest niewiele rzeczy, które robię naprawdę dla siebie. Większość rzeczy robię dlatego, że tak trzeba. Mówię "dzień dobry" sąsiadom, bo tak trzeba, a kiedy mijam tego, którego nie lubię, w związku z czym nawet się nie odzywam, bo wcale nie chcę mu życzyć dobrego dnia ani oznajmiać mu, że mój jest dobry. Ale jednak gdzieś w środku czuję wstyd, że tego nie zrobiłam, bo tak przecież trzeba robić. Trzeba mieć też pracę - tak przynajmniej twierdzi moja koleżanka, która z zawodu jest córką jej ojca, ale tydzień temu dostała pracę w call center, więc od tego momentu zna receptę na samodzielność i dorosłość. Trzeba dostosować siebie pod cudze oczekiwania, bo w przeciwnym razie ich zawiedziesz. Cudze plany i potrzeby nagle stają się Twoimi, a gdy je spełniasz, to nie czujesz żadnej satysfakcji, bo nie są tak naprawdę Twoje i nigdy nie były. Chcesz czerpać z życia całymi garściami, ale to przecież niemożliwe, kiedy robisz to, co chcą inni, a Ty tego nie czujesz i nie czujesz już zadowolenia prawie wcale. Działasz jak automat - byle zrobić swoje, a potem można odpocząć od życia, od świata, od tego, czego nie lubisz. Ale co z tym, co lubisz? Już nawet nie pamiętasz, co sprawia Ci przyjemność. I tu rodzi się pustka, którą zapełniasz byle czym. Byle nie ssała jak pusty żołądek i nie przypominała o sobie. Kupujesz byle co, byle na chwilę poczuć tę radość z nowej ładnej rzeczy. Kolegujesz się z byle kim, ignorując tych, którzy są tego warci. Marnujesz czas na bzdury zamiast zająć się czymś, co naprawdę Cię cieszy - nawet, jeśli byłoby to najgłupsze na świecie. Robisz to, czego inni oczekują od Ciebie - nawet wbrew własnemu przekonaniu, że tak należy. Uzależniasz się od opinii innych, od ich uznania, od ich miłości, a tak naprawdę nawet sam siebie nie lubisz, choć powinieneś. Racjonalizujesz sobie to wszytko, że to jednak ma sens. A nie ma. I tak się przecież nie da.
środa, 31 grudnia 2014
Nowy rok, nowe podsumowanie, ale bez nowych postanowień.
Święta minęły, a ja odnosiłam dotychczas wrażenie, że nie minęło aż tak dużo czasu od poprzedniego posta. Czas jednak strasznie szybko leci, szczególnie wtedy, gdy przesypia się połowę dnia, jak to wygląda w moim przypadku od dłuższego czasu. Pogoda również nie sprzyja wykluciu się z nory, choć jakiś czas temu zaczęło mi to lepiej wychodzić niż dotychczas. Święta i związana z nimi przerwa w uczęszczaniu na uczelnię spowodowały, że się całkowicie rozleniwiłam i mój zegar biologiczny znowu rozchwiałam do granic możliwości rozpoczynając dzień w porze obiadowej, a czasem nawet i później. Siedzę więc teraz po godzinie 2 w nocy i marnuję kolejne minuty, podczas których powinnam już od dawna spać. Właściwie to i tak jutro nigdzie nie wychodzę, bo w tym roku nie mam w perspektywie spędzenia nigdzie sylwestra poza domem, więc nie muszę nigdzie się spieszyć i mam czas. Nie chcę skupiać się na negatywnych momentach minionego roku, więc napiszę jedynie, co udało mi się zrobić i z czego jestem zadowolona. Przede wszystkim cieszę się z tego, że w końcu wzięłam się za siebie i udałam się po pomoc do terapeuty, dzięki czemu widzę już drobną poprawę od kiedy we wrześniu nastąpił kryzys. Przy odrobinie wsparcia z zewnątrz jest mi dużo łatwiej dbać o swoje sprawy i próbować funkcjonować tak, jakbym chciała. Jeszcze daleka droga przede mną, ale pierwsze kroki już uczyniłam i jestem z tego zadowolona. Staram się również nie stawiać sobie celów wybiegających zbyt daleko w przyszłość (choć z tym akurat bywa trudno, szczególnie po ponad czterech latach związku i posiadaniu różnych wizji na temat dalszego, mam nadzieję, że wspólnego, życia) i takich, które wykraczałyby zbytnio poza moje możliwości. Nie chcę się dołować drobnymi porażkami ani tym, gdy nie uda mi się wykonać czegoś na sto procent. Wydaje mi się, że udaje mi się powoli przestawać być dla siebie tak surowa i cieszyć się z małych sukcesów, krok po kroku. Jest to dla mnie istotną zmianą podejścia ze względu na to, że rozdrapywanie drobnych porażek do skali tragedii działa na mnie mocno demotywująco, przez co nie dostrzegam szansy na zmianę z przyszłości, ani nie widzę też zmian, które już zaszły i które zachodzą w danym momencie. Nie chcę przewartościowywać negatywnych rzeczy i skupiać na nich swojego życia, bo składa się ono z wielu innych aspektów. Nie muszą otaczać mnie idealni ludzie, idealne przedmioty, a ja sama również nie muszę być idealna. Perfekcjonizm jest destrukcyjny jak każda inna utopia. Chciałabym też zacząć wartościować bardziej cechy nabyte niż nabyte rzeczy, które tak naprawdę nie powinny mieć większego znaczenia, a jednak gdzieś tam krąży ciągle wrażenie, że zawsze czegoś brakuje. Jestem zła na siebie za swój konsumpcjonizm i chęć posiadania wszystkiego i brak cierpliwości w pozyskiwaniu różnych dóbr. Chciałabym bardziej być niż mieć, ale lubię mieć i otaczać się ładnymi rzeczami. W rezultacie jestem zagracona ładnymi rzeczami, z których nawet nie korzystam. Ale są.
Miało nie być skupiania się na negatywach i nowych postanowieniach, a już się pojawiły. Wszak postanowienie, że się nie będzie niczego postanawiać, to też postanowienie.
Ludzie pytali mnie w czasie świąt, czego mogą mi życzyć. Pierwszą moją myślą było jednomyślnie: spokoju. Ale nie takiego spokoju od świata, który sobie zapewniam razem z kosztami w ramach konsekwencji, ale spokoju ducha, bym mogła cierpliwie i bez zbędnych emocji rozpoczynać każdy dzień i stawiać czoła większym i mniejszym wyzwaniom. Bym mogła mieć na tyle poukładane w środku, by chciało mi się chcieć. By móc czerpać więcej z życia i nie marnować czasu, który przecieka przez palce nawet nie wiadomo kiedy. I być może zabrzmi to banalnie, ale więcej radości. Po prostu. Zbyt wiele niepotrzebnych zmartwień sobie nakładamy zamiast cieszyć się z tego, kim jesteśmy, kto nas otacza i jakie mamy możliwości każdego dnia do eksplorowania świata. Nawet tego najbliżej nas, o którym często zapominamy i odkładamy go na później. Tego również życzę wam, o ile ktoś to w ogóle czyta. No i zdrowia, choć ze spokojem ducha to i o zdrowie dużo prościej. Żyjcie. Nie wegetujcie. Niech nie stanowi to większości waszego życia, by je tylko przetrwać. Bądźcie dla siebie dobrzy.
Miało nie być skupiania się na negatywach i nowych postanowieniach, a już się pojawiły. Wszak postanowienie, że się nie będzie niczego postanawiać, to też postanowienie.
Ludzie pytali mnie w czasie świąt, czego mogą mi życzyć. Pierwszą moją myślą było jednomyślnie: spokoju. Ale nie takiego spokoju od świata, który sobie zapewniam razem z kosztami w ramach konsekwencji, ale spokoju ducha, bym mogła cierpliwie i bez zbędnych emocji rozpoczynać każdy dzień i stawiać czoła większym i mniejszym wyzwaniom. Bym mogła mieć na tyle poukładane w środku, by chciało mi się chcieć. By móc czerpać więcej z życia i nie marnować czasu, który przecieka przez palce nawet nie wiadomo kiedy. I być może zabrzmi to banalnie, ale więcej radości. Po prostu. Zbyt wiele niepotrzebnych zmartwień sobie nakładamy zamiast cieszyć się z tego, kim jesteśmy, kto nas otacza i jakie mamy możliwości każdego dnia do eksplorowania świata. Nawet tego najbliżej nas, o którym często zapominamy i odkładamy go na później. Tego również życzę wam, o ile ktoś to w ogóle czyta. No i zdrowia, choć ze spokojem ducha to i o zdrowie dużo prościej. Żyjcie. Nie wegetujcie. Niech nie stanowi to większości waszego życia, by je tylko przetrwać. Bądźcie dla siebie dobrzy.
sobota, 18 października 2014
Brak siły.
Jak pisałam w ostatnim poście, w sierpniu pracowałam i ogólnie życie wydawało się wtedy łatwiejsze, pomimo obowiązków codziennego wstawania i siedzenia tych paru godzin w pracy. We wrześniu prawie cały czas odpoczywałam i próbowałam zebrać siły na nadchodzący rok akademicki, który, gdy ostatecznie nadszedł wraz z jesienią, wyssał ze mnie resztki energii i motywacji. Z doświadczenia wiem, że wchodzenie w tryb pracy i obowiązków mi pomagało, jednak tym razem pewne sytuacje mające miejsce przed końcem wakacji na tyle mnie dotknęły, że do teraz ciężko mi funkcjonować i racjonalne tłumaczenie przestało działać. Jak to jest, że wszystko gra, a nagle nadchodzi jeden cios i wszystko niszczy? Cios, który nie powinien mieć żadnego znaczenia, tak samo jak osoba, ze strony której pochodził, a jednak trafia w całą konstrukcję najcelniej, jak tylko mógł.
Potrafię wykonać tylko podstawowe obowiązki, bo do innych nie czuję zupełnie motywacji ani siły, by nawet próbować. Jestem w stanie pojechać na uczelnię i z powrotem, ale nie mam poczucia satysfakcji z tego powodu, choć nie mam też przynajmniej wyrzutów sumienia, że jestem nieobecna. Nic mnie nie bawi obecnie, nawet zbliżające się urodziny, które zawsze lubiłam i cieszyłam się, że będzie okazja do spotkania większą grupą ze znajomymi, a w tym roku sobie odpuszczę, bo nie czuję się zupełnie na siłach, by w ogóle wychodzić gdziekolwiek i być ponadto w centrum czyjejkolwiek uwagi w tak radosnych okolicznościach.
W czwartek odebrałam dokumentację z historią choroby od psycholog z poradni, do której chodziłam parę lat temu. Dostałam kilkanaście stron wspomnień z różnych spotkań, na niektóre nawet nie docierałam i to też zostało udokumentowane. Czytałam tę historię i tylko się uśmiechałam pod nosem, bo równie dobrze mogłoby to być spisane dzisiaj, choć może nie z aż takim nasileniem, jak wtedy, bo tym razem lepiej sobie radzę z lękami i uczelnia ma takie warunki, że czuję się tam zdecydowanie bezpieczniej niż w liceum, gdzie uczeń traktowany był jak więzień, przynajmniej w moim odczuciu. W poniedziałek wybieram się na pierwszą po upływie tamtego czasu wizytę konsultacyjną u innego psychologa i, choć nie liczę na rewolucję po tym spotkaniu, mam jednak nadzieję, że dostanę jakiekolwiek wskazówki albo że chociaż potwierdzą się moje przypuszczenia i będę mogła ukierunkować swoje działania. Czeka mnie też prawdopodobnie wizyta u psychiatry (docelowo tam właśnie chciałam się zapisać, ale w naszym państwie dostać się na fundusz do takiego specjalisty dla dorosłych graniczy z cudem, więc będę zmuszona iść prywatnie). Po cichu liczę na wznowienie farmakoterapii, bo czuję, że tego mi właśnie trzeba chwilowo, a nie chcę na własną rękę testować.
Potrafię wykonać tylko podstawowe obowiązki, bo do innych nie czuję zupełnie motywacji ani siły, by nawet próbować. Jestem w stanie pojechać na uczelnię i z powrotem, ale nie mam poczucia satysfakcji z tego powodu, choć nie mam też przynajmniej wyrzutów sumienia, że jestem nieobecna. Nic mnie nie bawi obecnie, nawet zbliżające się urodziny, które zawsze lubiłam i cieszyłam się, że będzie okazja do spotkania większą grupą ze znajomymi, a w tym roku sobie odpuszczę, bo nie czuję się zupełnie na siłach, by w ogóle wychodzić gdziekolwiek i być ponadto w centrum czyjejkolwiek uwagi w tak radosnych okolicznościach.
W czwartek odebrałam dokumentację z historią choroby od psycholog z poradni, do której chodziłam parę lat temu. Dostałam kilkanaście stron wspomnień z różnych spotkań, na niektóre nawet nie docierałam i to też zostało udokumentowane. Czytałam tę historię i tylko się uśmiechałam pod nosem, bo równie dobrze mogłoby to być spisane dzisiaj, choć może nie z aż takim nasileniem, jak wtedy, bo tym razem lepiej sobie radzę z lękami i uczelnia ma takie warunki, że czuję się tam zdecydowanie bezpieczniej niż w liceum, gdzie uczeń traktowany był jak więzień, przynajmniej w moim odczuciu. W poniedziałek wybieram się na pierwszą po upływie tamtego czasu wizytę konsultacyjną u innego psychologa i, choć nie liczę na rewolucję po tym spotkaniu, mam jednak nadzieję, że dostanę jakiekolwiek wskazówki albo że chociaż potwierdzą się moje przypuszczenia i będę mogła ukierunkować swoje działania. Czeka mnie też prawdopodobnie wizyta u psychiatry (docelowo tam właśnie chciałam się zapisać, ale w naszym państwie dostać się na fundusz do takiego specjalisty dla dorosłych graniczy z cudem, więc będę zmuszona iść prywatnie). Po cichu liczę na wznowienie farmakoterapii, bo czuję, że tego mi właśnie trzeba chwilowo, a nie chcę na własną rękę testować.
Chciałabym być girl power, ale chwilowo nie czuję w sobie żadnej mocy. Jedynie tę, która pozwala mi sięgnąć po pomoc i to od obcej osoby, bo nie oczekuję jej od bliskich osób, które w większości albo nie rozumieją stanu, w którym się znajduję, albo zwyczajnie już ich to nie obchodzi, bo przywykli. Nie winię ich za to, lecz nie widzę sensu nawet angażowania kogokolwiek w to wszystko. Przez te wszystkie lata, kiedy zaczęła się moja choroba, straciłam większość znajomych, niektórych nawet bez poznania powodu do dzisiaj, ale przestało mnie to już dziwić i zaczęło coraz rzadziej martwić. Chwilowo i tak nie czuję potrzeby, by się z kimkolwiek widywać i udawać, że wszystko jest w porządku, a tego każdy ode mnie oczekiwał odkąd pamiętam. Jestem tym zmęczona.
Zdjęcie zrobiłam czekając na autobus na przystanku przy Starym Mieście. Mijam tę kamienicę w drodze na uczelnię i zawsze przykuwała mój wzrok z jakiegoś powodu.
poniedziałek, 1 września 2014
Sierpień.
Przez ostatni miesiąc nie działo się dużo, ale miałam zajętą sporą część czasu, albowiem podjęłam pracę w przedszkolu w zastępstwie za kogoś innego. Nie był to mój pierwszy raz z pracą z dziećmi, bo miałam już okazję opiekować się kilkorgiem za pieniądze i to w różnym wieku, ale nigdy jeszcze nie byłam w przedszkolu od tej drugiej strony - wychowawczej. Teraz zaczynam miesiąc wakacji przed rozpoczęciem zajęć na uczelni i zrobiłam małe podsumowanie z tego miesiąca oraz kilka subiektywnych ocen pracy w tym zawodzie.
To nie jest łatwa praca. Oczywiście - znajdą się cięższe, ale nie mam na celu niczego porównywać. Jest to męcząca praca - siedzi się w totalnym hałasie przez parę godzin, podczas których musisz non-stop rozglądać się i mieć oczy dookoła głowy i ciągle zwracać komuś uwagę, bo inaczej dzieci zrobiłyby sobie lub komuś innemu krzywdę. Układ nerwowy pod koniec zmiany jest na skraju wyczerpania, a człowiek marzy tylko o ciszy i spokoju. Czasem masz ochotę jakiemuś dziecku po prostu przylać, ale wiesz, że po pierwsze, nie wolno tego zrobić, a po drugie, że to nic nie da (może poza chwilowym uczuciem ulgi, ale nic więcej). Nadal więc nie jestem zwolenniczką klapsów w wychowywaniu.
Dzieci nie są cudowne i kochane. Owszem, bywają takie, ale wiele zachowań to zachowania manipulatorskie, kłamstwo i cwaniactwo. Dzieci tylko czekają, aż się odwrócisz, by siać chaos. Są też dzieci głupie - nie nieśmiałe, choć takie też są, ale zwyczajnie tępe, zaniedbane przez rodziców, którzy niczego od nich nie wymagają lub przesadnie je rozpuszczają. Możesz pytać takie dziecko pół godziny, czy zrobiło siku, czy nie, a ten będzie się tylko gapić na Ciebie pustym wzrokiem z otwartą buzią i nie wydusi z siebie nawet słowa.
Jeszcze głupsi są rodzice. Uważają, że ich dzieci są najmądrzejsze, najgrzeczniejsze na świecie i tak dalej. Wmawiają sobie i innym, że ich dziecko jest wyjątkowe, więc na pewno nie będzie płakało, bo jest nad wyraz dzielne, a potem przychodzi moment zdziwienia, gdy dziecko płacze, a matka nie rozumie, co się stało, bo nie rozumie natury dziecka, że dzieci tak mają - płaczą przy rozstaniu z rodzicem i czasem płaczą, gdy po nie przychodzi, bo pęka w nim wielogodzinna tęsknota. Rodzice nie rozumieją też, że dzieci bardzo często kłamią, więc należy podchodzić z dystansem do ich opowieści, bo w przeciwnym wypadku można narobić wielu problemów innym ludziom. No i wychować sobie manipulanta, przy okazji.
Większość rodziców traktuje pedagogów w przedszkolu jak prywatne nianie i często niestety bez szacunku - ani do ich pracy, wiedzy, ani do ich prywatnego czasu. Nauczyciel często musi siedzieć z dzieckiem nawet pół godziny po zamknięciu przedszkola, bo rodzic nie odebrał swojej pociechy na czas.
Przykre jest też to, jak traktowane są dzieci przez swoich rodziców. Wiele dzieci zostaje przyprowadzane do przedszkola tuż po otwarciu i są odbierane tuż przed zamknięciem, więc w rezultacie siedzą w nim nawet 11 godzin. I tak dzień w dzień, przez cały rok. Męczą się, tęsknią. Wiem, że nie każdy ma możliwość odebrać wcześniej, ale po prostu smuci mnie widok dziecka pozostawionego komuś obcemu na cały dzień, kiedy w domu jedynie spędza kawałek wieczoru i od razu idzie spać, by od rana kroczyć ponownie do przedszkola.
Wszystkie powyższe kwestie są winą tylko i wyłącznie rodziców. To nie jest wina dzieci, że są takie, jakie są i taką mają naturę, że testują świat na każdym kroku i ludzi. Problem pojawia się wtedy, kiedy daje się takiemu małemu człowiekowi wejść sobie na głowę i nie potrafi się postawić granic, a następnie udaje się, że nie widzi się swoich błędów, a dziecko uważa za święte i zawsze niewinne.
Było też kilka pozytywów. Wbrew pozorom, będę tę pracę wspominać naprawdę mile, choć nie wiem, czy zdecydowałabym się podjąć na stałe taki zawód.
Dzieci bywają naprawdę bystre. Był taki 2,5 roczny chłopiec, który ma tak bogaty zasób słownictwa, że każda z nas była w szoku. Niezwykle komunikatywny dzieciak. Jest chłonny wiedzy i chętnie uczy się nowych rzeczy. Na wszystko ma odpowiedź i za rok będzie bardzo łebskim chłopakiem, bo póki co jeszcze brakuje mu samodzielności w fizjologii, ale nieźle sobie radzi.
Dzieci są kreatywne. Mają głowę pełną pomysłów - zarówno tych gorszych, jak i lepszych. Jeśli zostaną ukierunkowane na przewagę tych dobrych, to potrafią stworzyć naprawdę ciekawe rzeczy - od rysunków, po różne inne plastyczne i fizyczne zabawy. Nawet małe dzieci potrafią nabazgrolić jak pijana kura pazurem i dorobić do tego głębszy sens, stwierdzając, że narysowały na przykład ''zepsutego lwa'' lub ''zmniejszacz do zmniejszania księżyca''. Nie mam pojęcia, jak w rzeczywistości te rzeczy wyglądają, ale na kartce przypominało to wymioty po kredkach świecowych.
Dzieci nie mają też barier i uprzedzeń tak, jak dorośli. To jest właśnie jedną z wspanialszych rzeczy w pracy z dziećmi. Mają gdzieś, czy jesteś łysy, brzydki, zachlapany zupą czy, jak w moim przypadku, masz tunele lub inne modyfikacje - możesz tylko wzbudzić z nich pozytywną ciekawość w ten sposób, a nie odrazę, czego brakuje wielu ludziom wokół.
Nie wszyscy rodzice są na szczęście naiwni - niektórzy potrafią współpracować z pedagogiem i nie ufają w stu procentach swoim pociechom. Tym bardziej, gdy pociecha stwierdzi, że nie zjadła zupy, bo ciocia mu nie nalała, a ciocia, jak się okazało, była na urlopie nad morzem, więc istotnie, nie nalała.
Pomimo tych wszystkich minusów, nadal mam pozytywne nastawienie do posiadania własnych dzieci, choć ostatnio miałam chwilę grozy, gdy odstawiłam pigułki i trochę spóźniała mi się miesiączka, ale dziś odetchnęłam z ulgą. Nawet nie przeraziła mnie aż tak bardzo ta perspektywa, że mogłabym mieć za 9 miesięcy małego klona, ale mimo wszystko dobrze, że tak się nie stało, bo jest na to trochę za wcześnie. Jeszcze przyjdzie kiedyś dobry moment.
To nie jest łatwa praca. Oczywiście - znajdą się cięższe, ale nie mam na celu niczego porównywać. Jest to męcząca praca - siedzi się w totalnym hałasie przez parę godzin, podczas których musisz non-stop rozglądać się i mieć oczy dookoła głowy i ciągle zwracać komuś uwagę, bo inaczej dzieci zrobiłyby sobie lub komuś innemu krzywdę. Układ nerwowy pod koniec zmiany jest na skraju wyczerpania, a człowiek marzy tylko o ciszy i spokoju. Czasem masz ochotę jakiemuś dziecku po prostu przylać, ale wiesz, że po pierwsze, nie wolno tego zrobić, a po drugie, że to nic nie da (może poza chwilowym uczuciem ulgi, ale nic więcej). Nadal więc nie jestem zwolenniczką klapsów w wychowywaniu.
Dzieci nie są cudowne i kochane. Owszem, bywają takie, ale wiele zachowań to zachowania manipulatorskie, kłamstwo i cwaniactwo. Dzieci tylko czekają, aż się odwrócisz, by siać chaos. Są też dzieci głupie - nie nieśmiałe, choć takie też są, ale zwyczajnie tępe, zaniedbane przez rodziców, którzy niczego od nich nie wymagają lub przesadnie je rozpuszczają. Możesz pytać takie dziecko pół godziny, czy zrobiło siku, czy nie, a ten będzie się tylko gapić na Ciebie pustym wzrokiem z otwartą buzią i nie wydusi z siebie nawet słowa.
Jeszcze głupsi są rodzice. Uważają, że ich dzieci są najmądrzejsze, najgrzeczniejsze na świecie i tak dalej. Wmawiają sobie i innym, że ich dziecko jest wyjątkowe, więc na pewno nie będzie płakało, bo jest nad wyraz dzielne, a potem przychodzi moment zdziwienia, gdy dziecko płacze, a matka nie rozumie, co się stało, bo nie rozumie natury dziecka, że dzieci tak mają - płaczą przy rozstaniu z rodzicem i czasem płaczą, gdy po nie przychodzi, bo pęka w nim wielogodzinna tęsknota. Rodzice nie rozumieją też, że dzieci bardzo często kłamią, więc należy podchodzić z dystansem do ich opowieści, bo w przeciwnym wypadku można narobić wielu problemów innym ludziom. No i wychować sobie manipulanta, przy okazji.
Większość rodziców traktuje pedagogów w przedszkolu jak prywatne nianie i często niestety bez szacunku - ani do ich pracy, wiedzy, ani do ich prywatnego czasu. Nauczyciel często musi siedzieć z dzieckiem nawet pół godziny po zamknięciu przedszkola, bo rodzic nie odebrał swojej pociechy na czas.
Przykre jest też to, jak traktowane są dzieci przez swoich rodziców. Wiele dzieci zostaje przyprowadzane do przedszkola tuż po otwarciu i są odbierane tuż przed zamknięciem, więc w rezultacie siedzą w nim nawet 11 godzin. I tak dzień w dzień, przez cały rok. Męczą się, tęsknią. Wiem, że nie każdy ma możliwość odebrać wcześniej, ale po prostu smuci mnie widok dziecka pozostawionego komuś obcemu na cały dzień, kiedy w domu jedynie spędza kawałek wieczoru i od razu idzie spać, by od rana kroczyć ponownie do przedszkola.
Wszystkie powyższe kwestie są winą tylko i wyłącznie rodziców. To nie jest wina dzieci, że są takie, jakie są i taką mają naturę, że testują świat na każdym kroku i ludzi. Problem pojawia się wtedy, kiedy daje się takiemu małemu człowiekowi wejść sobie na głowę i nie potrafi się postawić granic, a następnie udaje się, że nie widzi się swoich błędów, a dziecko uważa za święte i zawsze niewinne.
Było też kilka pozytywów. Wbrew pozorom, będę tę pracę wspominać naprawdę mile, choć nie wiem, czy zdecydowałabym się podjąć na stałe taki zawód.
Dzieci bywają naprawdę bystre. Był taki 2,5 roczny chłopiec, który ma tak bogaty zasób słownictwa, że każda z nas była w szoku. Niezwykle komunikatywny dzieciak. Jest chłonny wiedzy i chętnie uczy się nowych rzeczy. Na wszystko ma odpowiedź i za rok będzie bardzo łebskim chłopakiem, bo póki co jeszcze brakuje mu samodzielności w fizjologii, ale nieźle sobie radzi.
Dzieci są kreatywne. Mają głowę pełną pomysłów - zarówno tych gorszych, jak i lepszych. Jeśli zostaną ukierunkowane na przewagę tych dobrych, to potrafią stworzyć naprawdę ciekawe rzeczy - od rysunków, po różne inne plastyczne i fizyczne zabawy. Nawet małe dzieci potrafią nabazgrolić jak pijana kura pazurem i dorobić do tego głębszy sens, stwierdzając, że narysowały na przykład ''zepsutego lwa'' lub ''zmniejszacz do zmniejszania księżyca''. Nie mam pojęcia, jak w rzeczywistości te rzeczy wyglądają, ale na kartce przypominało to wymioty po kredkach świecowych.
Dzieci nie mają też barier i uprzedzeń tak, jak dorośli. To jest właśnie jedną z wspanialszych rzeczy w pracy z dziećmi. Mają gdzieś, czy jesteś łysy, brzydki, zachlapany zupą czy, jak w moim przypadku, masz tunele lub inne modyfikacje - możesz tylko wzbudzić z nich pozytywną ciekawość w ten sposób, a nie odrazę, czego brakuje wielu ludziom wokół.
Nie wszyscy rodzice są na szczęście naiwni - niektórzy potrafią współpracować z pedagogiem i nie ufają w stu procentach swoim pociechom. Tym bardziej, gdy pociecha stwierdzi, że nie zjadła zupy, bo ciocia mu nie nalała, a ciocia, jak się okazało, była na urlopie nad morzem, więc istotnie, nie nalała.
Pomimo tych wszystkich minusów, nadal mam pozytywne nastawienie do posiadania własnych dzieci, choć ostatnio miałam chwilę grozy, gdy odstawiłam pigułki i trochę spóźniała mi się miesiączka, ale dziś odetchnęłam z ulgą. Nawet nie przeraziła mnie aż tak bardzo ta perspektywa, że mogłabym mieć za 9 miesięcy małego klona, ale mimo wszystko dobrze, że tak się nie stało, bo jest na to trochę za wcześnie. Jeszcze przyjdzie kiedyś dobry moment.
czwartek, 24 lipca 2014
Ciąg dalszy.
Po letniej depresji ślad zaginął. Od tamtej pory byłam tu i tam, a teraz piszę, gdy za oknem leje jak z cebra i walą grzmoty. Będzie tylko zdjęciowo. Kupiłam nowy rower i jestem w nim zakochana:
...mój chłopak najwyraźniej też...
...spędziłam trochę czasu ze znajomymi...
i nie tylko...
No i w końcu zrobiłam nowy tatuaż (in progress).
:)
niedziela, 6 lipca 2014
...
Zastanawia mnie, czy istnieje coś na wzór tak zwanej jesiennej depresji, ale w wersji letniej. Co rok dopada mnie zrezygnowanie wraz z początkiem wakacji, podczas gdy większość cieszy się upragnionym wolnym kwartałem, wyjazdami, piaskiem, wodą, wypadami za miasto i wszystkimi tymi wspaniałymi atrakcjami, które daje nam ta pora roku. Dla mnie jest to początkiem pewnej pustki, a wolność od obowiązków sprawia, że nie wiem, co ze sobą zrobić. W ciągu roku marudziłam, że muszę wstawać, jeździć, choć z czasem nawet to polubiłam, bo dawało mi to poczucie pewnego spełnienia i minimalizowało wrażenie, że marnuję czas. Teraz jednak nie do końca wiem, co z tak dużą ilością wolnego zrobić i czy w ogóle narzekanie na wolne nie jest swego rodzaju faux pas, kiedy inni muszą mimo wszystko pracować na chleb, a ja mogę leżeć całymi dniami brzuchem do góry. Poczucie niestosowności w takich stwierdzeniach przyprawia mnie o jeszcze większe poczucie winy. Błędne koło. W sierpniu idę na trzy tygodnie do pracy i to moje jedyne plany póki co. Może jakiś wyjazd nad morze. Może. Co do tej pory? Nie wiem.
Tak naprawdę to już nie pamiętam wakacji, które spędziłabym naprawdę wyjątkowo, spotykając się często z ludźmi i robiąc rzeczy, na które przez obowiązki codzienne nie ma się w ciągu roku czasu. Tyle książek do przeczytania, tyle filmów do obejrzenia, tyle potraw do ugotowania, tyle miejsc do zwiedzenia, ale mnie to jakoś mimo wszystko nie cieszy, nudzi i trochę nawet smuci. Smuci mnie fakt, że moja postawa jest nieco niewdzięczna i roszczeniowa, bo oczekuję fajerwerków, a od siebie daję co najwyżej marne iskry jak ze starej zapalniczki bez gazu, której nawet nie chce mi się naładować i po pierwszej nieudanej iskrze wywalam ją do śmietnika. Zapalniczka bez ognia jest bezużyteczna, a ja nie czuję już od dawna w sobie ognia i nie mam już pomysłu, co mogłoby go wskrzesić. Być może wydaje mi się, że gdzieś indziej byłoby lepiej, bo przecież wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma, bo ugrzęzłam w tym mule, które wytworzyło się jakiś czas temu i pomimo starań, by z niego wyjść, czuję, że robię krok do przodu, ale dwa do tyłu. Być może nie doceniam postępu, który zrobiłam przez ostatni rok, bo zanim przyszedł, wiązałam z nim ogromne nadzieje i przeceniałam jego wpływ na moje życie. I znowu oczekiwałam fajerwerków, które nie nadeszły, a moja motywacja spadła. Mam tak, że odwlekam nawet przyjemne rzeczy, w rezultacie od dawna nie przeczytałam żadnej książki, od dawna nie ruszyłam nigdzie tyłka i od dawna nie zrobiłam czegoś dla siebie, co wykraczałoby poza obowiązki w postaci nauki czy chodzenia na zajęcia. Głównie dlatego, że boję się, że będzie źle. Że książka będzie nudna, że spacer będzie do dupy, że spotkanie będzie męczące, a powrót długi. Paradoksalnie łatwiej jest mi się zmobilizować ostatnimi czasy do nauki i pracy, ale też na ostatnią chwilę. Nie wspominając już o jeżdżeniu wszędzie na ostatnią chwilę. Po co być 10 minut wcześniej, gdy można być 5 minut później i nie czekać? Sen też odwlekam, a później wstanie, śniadanie, obiad i kolację.
Wiem, co robię nie tak. To naprawdę nie jest tak, że nie zdaję sobie sprawy z tego, jaki błąd popełniam i przez co czuję się właśnie tak, a nie tak, jakbym chciała. Problem leży nie w braku wiedzy, a w braku poczucia przyjemności z prób zmiany sytuacji. To trwa tylko chwilę. Spotkanie z ciekawym człowiekiem, chwilowy skok serotoniny, nadzieja na poprawę, a następnie szybki powrót do rzeczywistości, jak upadek z trzeciego piętra twarzą prosto w twardy beton, którego łatwo nie zniszczysz, bo to on niszczy Ciebie, roztrzaskując Twoje wszystkie kości i głowę na kawałki. Tylko jak je pozbierać do kupy, kiedy nie ma się głowy? To jest jak powtarzający się okres miesiąca miodowego po fali przemocy, którą z czasem akceptuje się i nawet zaczyna kochać, jak kata, który śni za dnia tłucze na miazgę, a nocą nie daje odpocząć i nawiedza sny. Wiem, że mogłabym uciec, ale co, jeśli gdzie indziej będzie jeszcze gorzej? Mawiają, że znane zło jest lepsze niż nieznane dobro, bo przynajmniej można je przewidzieć i doskonale się je zna, a to, co znane, daje poczucie bezpieczeństwa, wbrew jakiejkolwiek logice w tym przypadku.
Co jest moją głową?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
