Bywają dni, że mogłabym godzinami rozpamiętywać to, co wydarzyło się kiedyś, jak kiedyś było wspaniale, inaczej, lepiej. Bywają też dni, kiedy zmiany w teraźniejszości dobijają tak mocno, że nie chce się nic. Mogłabym godzinami zanudzać każdego, ile straciłam ostatnimi czasy, ile ważnych rzeczy się skończyło, spodziewanie mniej lub bardziej, ile razy uświadomiłam sobie swą naiwność na różnych płaszczyznach i pluć sobie za każdym razem w brodę. Od dawna nie spotkało mnie nic naprawdę dobrego, nic, co pozwoliłoby mi na odrobinę motywacji do działania i nadziei na cokolwiek w przyszłości. Właściwie, to czuję się trochę tak, jakbym straciła już wszystko. Wszystkie szanse, wszystko to, co jakoś udało mi się osiągnąć. Nigdy nie traktowałam rzeczy i stanu jako pewnik, bo życie nauczyło mnie, że sytuacja może zmienić się diametralnie w przeciągu sekundy, pod wpływem drobnostki, czasem nawet bez większego powodu. Niestety już nie wierzę, że rzeczy dzieją się ,,po coś''. Może powinnam zacząć uczyć się na błędach i w końcu otworzyć oczy. Ale nie sądzę, by prędko to nastało.
wtorek, 26 lutego 2013
środa, 16 stycznia 2013
Ch**owo, ale stabilnie.
Moje życie, jak w tytule, i jak wiadomo to już od jakiegoś czasu, jest dosyć mdłe, nijakie, szaro-bure, nudne i, w gruncie rzeczy, nie mam nawet szczególnie o czym pisać, jeśli chodzi o typowo pamiętnikowe sprawy. Część spraw się poprawiło i naprostowało, pracy dalej nie mam i już nie będę chwilowo jej szukać, bo muszę w końcu skupić się na nauce do egzaminów maturalnych, do których zostało szalenie niewiele czasu i myśl o tym mnie przeraża, ale niestety nie napędza do działania (ah, ta prokrastynacja). Chwilowo jest jednak dosyć spokojnie i w końcu przebieg wydarzeń spoczywa na tej górnej sinusoidzie, niemniej muszę wziąć swoje sprawy w swoje ręce, bo, na litość boską, niedługo już całkiem przyrosnę do łóżka albo krzesła.
Udało mi się zmobilizować do przejścia na dietę, bo w ostatnim czasie przybyło mi paru nadprogramowych kilogramów, a obecny tryb odżywiania nie spełniał swojej podstawowej funkcji - odżywiania, zamiast którego jedynie się najadałam. Zaczęłam od początku tego tygodnia, więc jutro będzie dopiero trzeci dzień, ale mam nadzieję, że uda mi się wytrwać dłuższy czas. Staram się jeść lżej, mniej, zdrowiej i mniej kalorycznie. Więcej warzyw i chwytliwych produktów z serii ,,light'', mniej pustych kalorii. I mniej wizyt u babci, bo dzisiejsza nauczyła mnie, że nie wyjdę od niej bez zjedzenia kawałka ciasta, a to dobrze na początek mojej diety nie wpłynie, jeśli będę zbyt często do niej wpadać.
Od jakiegoś czasu przestałam brać leki z sertraliną. Nie do końca był to świadomy i planowany wybór, wcześniej po takich próbach nie byłam w stanie funkcjonować po paru dniach, ale że nie odnoszę większych skutków ubocznych odstawienia niż nadwrażliwość, wieczne rozdrażnienie i lekkie przybicie, toteż postanowiłam wykorzystać ten przypadek i nie brać ich więcej, a przynajmniej przez jakiś czas dać sobie z nimi spokój, dopóki nie jestem pod opieką lekarza. Właściwie czuję się nawet nieco ,,odblokowana'', choć zastanawiam się, czy faktycznie jestem i zawsze byłam tak nerwowa, czy to tylko objaw odstawienny i pewnie przekonam się o tym za jakiś czas, gdy organizm odzwyczai się od sztucznych endorfin. I oby nastąpiło to jak najszybciej, bo te ,,naturalne'' potrafią być baaardzo przyjemne ;)
Za oknem zrobiło się po nowym roku strasznie biało, co właściwie mnie cieszy, bo jesienne widoki w styczniu nie są najbardziej motywujące, a zawsze milej popatrzeć na płatki śniegu za oknem w bezsenną noc, chociaż wolałabym móc zasnąć.
środa, 2 stycznia 2013
Pomyślności.
Czasem pokładamy w coś tak wielkie nadzieje, że tworzymy sobie w głowie ogromną, gorącą bańkę, którą pielęgnujemy z oddaniem wszystkich emocji i całego nakładu serca. Bańka ta krąży i krąży, jest obecna przez całą dobę w naszych myślach i podnosi nas na duchu, ociepla chłód serca i nie daje rozsądkowi dojść do głosu. Przychodzi jednak moment, kiedy bańka pęka, a jej elementy rozbryzgają się na całej naszej twarzy, na całym ciele i duszy, zostawiając piekące i bolesne ślady, o których ciężko zapomnieć. A Ty przyjmujesz tę bańkę, bo to twoja bańka, bo to to, czym żyłeś tak długo. I budujesz kolejną bańkę, która raz na jakiś czas znów Cię parzy, jak meduza swoimi mackami.
Chciałabym życzyć każdemu mniej naiwności, żeby klapki spadły z waszych oczu i żebyście nie wierzyli w coś, co nie istnieje. Złamane lusterko można skleić, ale nadal zostanie wyraźna rysa. Nie miejcie nadziei, że kiedykolwiek zniknie. bo nie zniknie. Będziecie czekać, czekać, udawać, że nie widzicie tego pęknięcia, aż w końcu zobaczycie je na tyle wyraźnie, że wy sami rozpadniecie się z bólu na pół i już nic nie będzie takie samo. Motyle w brzuchu szybko zamieniają się w gulę w gardle, a im dłużej trwa ta transformacja, tym większa gula się tworzy. Nie traćcie czasu na kogoś, kto nigdy nie odwzajemni tego, co czujesz. Nie czekajcie, aż to minie, a inne dopiero nastąpi. Nie nastąpi, choć trudno w to uwierzyć i to zrozumieć, a jeszcze trudniej się z tym pogodzić. Nie jestem pewna, czy w ogóle można do końca to zaakceptować.
I więcej optymizmu. Mimo wszystko.
środa, 5 grudnia 2012
Tatuaże, a zwierzęta.
Od wielu lat uwielbiam tatuaże i zwierzęta i najchętniej posiadałabym ich tuzin lub więcej, ale jest pewna rzecz, która mnie dziwi, obrzydza i sprawia, że zastanawiam się, czy niektórzy godni są nazywania siebie ludźmi. Znajoma umieściła w internecie tekst o tatuowanych sfinksach (chodzi o te łyse koty, które dla niektórych wyglądają jak duże szczury) i bynajmniej nie chodzi o wzór czy numer hodowli. Kilku właścicieli tych zwierząt wpadło na genialny pomysł ,,ozdobienia'' łysej skóry swojego ukochanego pupila w salonie tatuażu. Jednemu z nich, pochodzącemu z Rosji Timurowi Rimut, tak bardzo spodobał się napis ,,Carpie Diem'' na klatce piersiowej, że postanowił wytatuować go i sobie, i swojemu poddanemu narkozie kotowi. Pierwszy przypadek (notabene również z Rosji) to poddany trzygodzinnej narkozie kot Mickey, któremu wytatuowano, jak na ironię, Tutenchamona. Jego właścicielka, Oksana Popova, twierdzi, że zrobiła to, bo brakowało jej czegoś ,,nowego i świeżego w dzisiejszych czasach''.
Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że osoby te najwyraźniej zapomniały o tym, że to nie jego skóra i że zwierzę to tak samo czuje ból jak każdy człowiek. Z tą różnicą, że my świadomie decydujemy się na ten bolesny zabieg i na opuchliznę, swędzenie i inne niemiłe sprawy w jego konsekwencji, a kota nikt o zdanie nie pyta. Druga sprawa - każdy człowiek o minimalnym poziomie inteligencji zdaje sobie (a przynajmniej powinien) sprawę z tego, jakie zagrożenie stanowi stosowanie narkozy dla organizmu i że nie należy jej stosować bez potrzeby. Pora więc zastanowić się, gdzie zaczyna się rola opieki i współżycia ze zwierzęciem i gdzie kończy, a gdzie zaczyna głupota i brak odpowiedzialności.
Żeby nie zalatywało hipokryzją dodam, że nie podoba mi się również trenowanie swoich umiejętności manualnych na innych zwierzętach, a przeważnie robi się to na świniach. Nie wydaje mi się, by narażanie jakiejkolwiek istoty na niepotrzebne cierpienie było konieczne, a tym bardziej dla własnego widzimisię i fanaberii. Tatuaż to hobby, sztuka, rozrywka, a nie coś, co jest absolutnie niezbędne człowiekowi do życia, więc zauważmy różnicę między koniecznością, a złym wyborem. Nie możemy traktować innych istot jak króliki doświadczalne lub lalki, z którymi możemy robić wszystko, a one nadal będą patrzeć na nas ze swoim plastikowym permanentnym uśmiechem. Jestem zdecydowanie przeciwna zabawom tego typu i trzymam kciuki za to, by wspomniany powyżej ,,artysta'' i inni ludzie jego pokroju nie mieli już nigdy żadnego klienta (w szczególności czworonożnego).
...
Często zastanawiam się nad tym, jak będzie wyglądać moje życie za lat pięć, dziesięć, trzydzieści. Mało kto potrafi sobie wyobrazić siebie po pięćdziesiątce, pomarszczonego już tu i ówdzie, z nadprogramowymi kilogramami, siedzącego w ulubionych kapciach i w okularach na nosie z wnukiem na kolanach albo mniej lub bardziej radosnych scenariuszach. Ja osobiście lubię obrazować sobie różne sytuacje z przyszłości, pędzącą siebie rano do pracy z kubkiem kawy i śniadaniem, na które nie miałam czasu przed wyjściem, martwiącą się o pierwszy dzień dziecka w przedszkolu, szkole, o pierwszy obóz, gotującą obiad we własnej kuchni dla własnego męża, a w wolnej chwili siedzącą w fotelu na balkonie z książką w dłoniach. Nie wyobrażam sobie życia bez bliskich osób, życia samotnego, skupianiu się tylko na pracy i obowiązkach, bo praca ma ułatwiać życie i pomóc w dążeniu do celów, a nie być celem samym w sobie. Często miewam dni, gdy czuję potrzebę bycia potrzebną, niezależnie na której płaszczyźnie, czy chodzi o zadania obowiązkowe, czy też o bezinteresowną pomoc innym ludziom, którymi muszę się otaczać mniej lub bardziej wbrew temu, jak często się z nimi widuję. Muszę czuć, że w razie potrzeby mam do kogo otworzyć usta i że są ludzie, którzy będą walić do mnie jak w dym, gdy wpadną w tarapaty. Jednocześnie muszę mieć swój kąt, swoją intymną przestrzeń, gdzie mogę zaszyć się jak mysz do nory i schować przed wszystkimi. Ale teraz pora wyjść z nory i zacząć gonić króliczka, zanim ucieknie na dobre.
wtorek, 20 listopada 2012
Stan podgorączkowy.
Posiadanie zbyt dużej ilości wolnego czasu nie jest dobre, a już na pewno nie jest dobre dla mnie. Mam tendencję do szukania problemów, więc możliwość zastanawiania się nad nimi całymi dniami nie jest niczym godnym polecenia. Od wielu tygodni jestem świadkiem tego, jak krok po kroku moje otoczenie dorasta i zmienia się ich tryb życia, zmieniają się ich priorytety i jak wewnątrz ewoluują na sto różnych sposobów; tu ktoś dostał się na studia, tu ktoś właśnie je skończył i obronił magistra, tu ktoś dorobił się kota, właśnie się zaręczył lub spodziewa się dziecka lub, najpewniej, wszystko na raz. Sama już nie wiem, czy właśnie to przyprawia mnie o ból głowy, czy te fajki, czy to komórki mojego mózgu obumierają z minuty na minutę coraz bardziej. Stoję sobie z boku z tym bólem głowy i patrzę, jak żyją inni, jak czas biegnie, ale gdzieś poza granicami mojego bytu, i jak powoli ta przestrzeń staje się moją klatką, z której chcę uciec, ale nie ma dokąd. Patrzę, jak kończy się wolność innych, jak wchodzą bezpowrotnie w dorosłość, nie są już tymi dziećmi swoich rodziców, a rodzicami własnych dzieci i własnych idei i szczerze im zazdroszczę.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Permanentny weekend.
Często tak bywa, że coś sobie postanawiamy i głęboko wierzymy w szczerość swojej motywacji, gdy tym czasem znowu nie wstajemy o godzinie, o której mieliśmy, nie sprzątamy łazienki, nie biegamy co wieczór, nie spacerujemy wystarczająco długo, tłumacząc, że ,,to nic, przecież jutro też jest dzień''. Następnego dnia znów śpimy godzinę dłużej i scenariusz się powtarza. Każdy to zna i dla większości, tak jak dla mnie, jest to pewnie deprymujące. Można zwalić na listopad, można tłumaczyć się brakiem zajęcia do wykonania, bólem głowy, nosa, tyłka, że nie ma w tym kraju pracy dla ludzi bez wykształcenia, że nie ma pieniędzy na zajęcia, nie ma sensu jechać na drugi koniec miasta, skoro można iść tylko pięć minut piechotą. Można. Ale ile można?
,,How are you today?
- I've seen the better days.''
Cytując odpowiedź Matyldy na pytanie Leona, mogłabym krótko streścić ostatnie kilka miesięcy i prawdopodobnie kilka najbliższych i to, jaki mam stosunek do tego wszystkiego. Spędziłam leniwy weekend w miłym towarzystwie, głównie biegając od łóżka do kuchni i z powrotem, przejrzałam oferty pracy w internecie, na kilka odpowiedziałam, ale nie spodziewam się odpowiedzi.
W następny weekend mam zajęcia w szkole i na samą myśl robi mi się słabo. To nie jest to, co chciałam i miałam robić. Nie czuję, bym tam pasowała. Ciężko mi nie traktować tego jako marny substytut i za totalny bezsens. Tak naprawdę, nie mam pojęcia, co tam właściwie robię. Ten rok jest i będzie naprawdę dziwny i nie chce być inaczej.
,,How are you today?
- I've seen the better days.''
Cytując odpowiedź Matyldy na pytanie Leona, mogłabym krótko streścić ostatnie kilka miesięcy i prawdopodobnie kilka najbliższych i to, jaki mam stosunek do tego wszystkiego. Spędziłam leniwy weekend w miłym towarzystwie, głównie biegając od łóżka do kuchni i z powrotem, przejrzałam oferty pracy w internecie, na kilka odpowiedziałam, ale nie spodziewam się odpowiedzi.
W następny weekend mam zajęcia w szkole i na samą myśl robi mi się słabo. To nie jest to, co chciałam i miałam robić. Nie czuję, bym tam pasowała. Ciężko mi nie traktować tego jako marny substytut i za totalny bezsens. Tak naprawdę, nie mam pojęcia, co tam właściwie robię. Ten rok jest i będzie naprawdę dziwny i nie chce być inaczej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

